026 Mój Sen

Obudziłam się przerażona, ale nie krzyczałam. Oczy szeroko otwarte, utkwione w suficie. To serce, które usiłuje wyrwać się z klatki piersiowej za pomocą przyspieszonego bicia. Bez szans. I te płytkie oddechy powodujące przymus brania kolejnych, rozpaczliwych haustów powietrza.

Podobno to właśnie jest terror nocnego paraliżu. Istnieje nawet jakiś bardziej naukowy termin powiązany z wielkością migdałków. Nocny paraliż polega głównie na tym, że tracimy chwilowo władzę nad mięśniami i płucami. Jest to częściowo spowodowane wyjątkowo aktywną fazą REM i stanami przytomności podczas snu. Składa się to na uczucie duszenia się i zalegania czegoś na naszej klatce piersiowej. Podobno w różnych kulturach wyobrażano sobie różne demony, które na niej siadały.

Ze mną było inaczej.

Przeważnie śniła mi się kanciasta postać z twarzą potwora. Może Minotaur? Jawiła mi się jako samo zło i zło w istocie. Bywałam przerażona jak mało kiedy. W taki sposób, który każe człowiekowi bezwiednie podnieść się na łokciach i czołgać do tyłu pod ścianę. Wciskając się w przestrzeń styku między nią a podłogą. Jakby miało to pomóc w ucieczce przed złą marą. Kiedy okazywało się oczywiste, że nie mogę się poruszyć ani o milimetr, zaczynałam wzrokiem szukać zegara. Ktoś mi kiedyś powiedział, że jeśli go znajdziesz i zdasz sobie sprawę, że nie chodzi, to się obudzisz. Niestety to przeważnie zmienia tylko scenerię snu. Nagle wydaje mi się, że naprawdę się obudziłam; tylko, że potwór wcale nie zniknął. To takie wredne zjawisko obudzenia się do kolejnego snu. Jak większa laleczka snu-matrioszki. I następna, i następna. Żeby obudzić się naprawdę, muszę zacząć się modlić. Przeważnie idzie mi to jak po grudzie.

Zawsze coś przeszkadza.

A to nie mogę przypomnieć sobie słów modlitwy (zwłaszcza tej maryjnej), a to nie mogę się wcale skupić na znaczeniu słów. Normalnie jakby ktoś bardzo nie chciał, żeby mi wyszło. Prawdopodobnie po prostu mojemu mózgowi chwilowo brakuje powietrza, do którego ma akurat ograniczony dostęp. Ale we śnie się o tym nie myśli. Zwłaszcza, kiedy ma się wrażenie bezpośredniego niebezpieczeństwa.

Tym razem śniło mi się coś innego.

W pewnym sensie mojego, ale nie-mojego. Mianowicie był to sen fabularny. Nic dziwnego – takie zdarzają mi się bardzo często. Tylko, że… Tylko, że raczej nie wyglądają jak rasowo nakręcony film z lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Pokolorowany lekko, jak ‘Jak Rozpętałem Drugą Wojnę Światową’.

Najpierw pojawiły się ‘cytowane’ w wielu filmach „krajobrazy typowe”, czyli krótkie przedstawienie lokalizacji fabuły. Były opatrzone radosną muzyką festynowo-defiladową typową dla wszystkich tych nieważnych uroczystości w zapomnianych przez Boga miejscowościach w ‘Nowym Świecie’. Amerykańska uliczka z przytulonymi do siebie domami, z witrynami sklepowymi na poziomie podwyższonego parteru. Do każdej z nich prowadzi kilka stopni. Większość jest z cegły, część otynkowana. Rozwieszone są plakaty i szyldy, które wyglądają na ręczną robotę – przedwojenną. Przedwojenne są też ujęcia ze skaczącym obrazem i skazami na filmie bądź obiektywie. Kilka niestabilnych scen obrazujących życie na tej uliczce w małym miasteczku, który mimo tego, że leży w Alpach, to wygląda jak amerykańskie. I tu właśnie rozpoczyna swoją opowieść lektor. Mówi po angielsku z Amerykańskim akcentem. Z charakterystyczną dykcją aktora ze starego filmu i pasującym do ścieżki dźwiękowej entuzjazmem płynącym prosto z przepony. O zwykłym, miasteczku jak ich pełno, o jego klimacie. Opowiada o niektórych sklepach podczas drgających zbliżeń kamery na ich witryny i szyldy. Dodaje różne pikantne szczegóły rodem z małomiasteczkowych plotek nadając ujęciom bardziej osobistego i niepowtarzalnego charakteru.

Wraz z ostatnimi zdjęciami części ulicy poszerzonej o mały ryneczek, zaczyna przechodzić do tematu historii. Akcent zmienia mu się na brytyjski, a ja rozumiem go jakby mówił po polsku. Zaczyna opowiadać o pewnym złym człowieku, który mieszkał właśnie w okolicy tego miasteczka, trochę wyżej w górach. Przy ulicy, która pięła się w kierunku ośnieżonych szczytów. Czyste domy, ulica wytyczona od linijki, gładki asfalt, gładkie drewno, nieskazitelne tynki i pasujące dachy dwuspadowe. Małe okna z drewnianymi ramami, brak okien na parterze, niewielkie drzwi z owalnymi szybkami zasłoniętymi koronkową zasłonką. I już wiadomo, że za jednymi z tych drzwi mieszkał właśnie ten człowiek. Dowiaduję się od lektora, że miał tylko siostrę, która bardzo cierpiała przez jego inność i w końcu przez popełnioną przez niego zbrodnię. Człowiek ten nie ma skrupułów, sumienia ani ludzkich uczuć. Jest socjopatą najwyższej próby, najczystszej postaci. Ma wygląd tego niskiego aktora, który zawsze gra zapracowanego przedstawiciela klasy średniej. A przynajmniej tak się wydaje. Kiedy go sobie wyobrażam, nosi brązowy, stary garnitur z łatami na łokciach, za dużą marynarką i z luźnymi spodniami. Jest lekko zgarbiony, a w lewej ręce zawsze trzyma czarny, oldschoolowy neseser. Walizkę skórzaną z klikającymi przy zamykaniu sprzączkami.

Tak. Wallace Shawn. Dokładnie. Nic dziwnego, że w 2003 obsadzono go w roli ducha-lokaja w ‘Nawiedzonym Dworze’

Po krótkim ujęciu jego siostry (Fiona Shaw – ! – ciotki Petunii z ‘Harrego Pottera’) zmywającej naczynia, nieświadomej ‘naszej’ – widzów, obecności ani niczego co ją wkrótce spotka; przenosimy się do jakiejś opuszczonej fabryki. Wiem tylko, że za kamerą prawdopodobnie stoją jakieś ogromne maszyny. Na zdjęciach widać jednak tylko fragment pomalowanej szarą farbą podłogi i miętowej ściany. Na jej tle stoi właśnie ów socjopata. Psychopata. Niepozorny, łysawy pan w średnim wieku z charakterystyczną facjatą. Narrator-lektor coś mówi, ale ja skupiam się na obserwacji tego człowieka i wyłapuję wszystkie elementy dźwiękowe miejsca. Od stukania w rurę kanalizacyjną po dźwięki gry na pile i pojedynczych odgłosów różnorakich, zepsutych instrumentów. Wszystko w dopasowanych momentach, idealnych dozach.

Wiem, że jest niebezpieczny i nie powinnam spuszczać go z oka. Co więcej – powinnam nauczyć się jego twarzy na pamięć, w razie gdybym kiedyś go spotkała. Mogłabym wtedy po prostu zniknąć mu z oczu, wyjść z tego pomieszczenia, niczym go nie sprowokować. Bo gdybym to zrobiła, mógłby najpierw skrzywdzić członków mojej rodziny, a mnie pozostawić na sam koniec. Z najbłahszego powodu, jak zakupienie tuż przed nim ostatniej paczki fajek konkretnej marki. Co jest bardzo dziwne, bo ja nie palę.

W każdym razie patrzę na niego i widzę, w miarę jak lektor o nim mówi, zwraca moją uwagę na różne fakty o tym człowieku. Zaczyna niektóre zdania od ‘Jak możemy zaobserwować osobnik ten ma…’ – w odniesieniu do cech wyglądu przekładających się na jego charakter lub kamuflaż. On sam w tym momencie porusza się, zmienia pozę, przestępuje z nogi na nogę. Odpowiednio do treści, uśmiecha się miło, pokazuje ‘poker face’ albo pozwala swojej psychopatycznej naturze przejąć całkowicie mimikę swojej twarzy. Czerpie przyjemność z pokazywania omawianych elementów i patrzy na mnie, jakby wiedział, że to właśnie ja znajduję się pośród widowni. Obraz niestabilności psychicznej, obsesyjnej natury, obietnicy bezwzględnego acz metodycznego okrucieństwa względem swoich potencjalnych ofiar. Oświetlenie zmienia się z ujęcia na ujęcie. Czasami jest zbyt mocne, czasami szwankuje. Niekiedy podkreśla pewne szczegóły, a innym razem kompletnie zawodzi.

Nieistniejący filmowcy usiłują grać na mojej wyobraźni i na moich nerwach. Oprócz skaz na filmie, skaczącego obrazu i okropnych min, co któreś ujęcie on po prostu znika. Pojawia się i znika pozostawiając pustą, miętową ścianę przywodzącą na myśl szpital. Szpital dla obłąkanych.

Coś, a może lektor, mówi mi, że jego już nie ma. Owszem, dowiem się z krótkiej opowieści o losach jego życia. Jaki był, co robił, żeby wtopić się w tłum. Jaka była jego prawdziwa natura. Dowiem się, że popełnił straszliwą zbrodnię, a jego czyny miały katastrofalny wpływ na jego siostrę. Że został schwytany, ale za późno. Nie wymierzono mu wprost proporcjonalnej do czynu kary. Ktoś inny został w to wszystko wciągnięty i niesłusznie przejął część winy. Ten morderca natomiast został złapany w najgłupszy sposób i bez dramatyzmu należnemu wadze jego przewinień i ‘sukcesów’.

Nie żyje.

Ale jest. Nadal. Jako duch, zjawa, mara. I znowu kogoś skrzywdzi. Nie wiem kogo, nie wiem gdzie, nie wiem dlaczego. I to właśnie nadaje temu ‘filmowi’ prawdziwej grozy. Strach narasta we mnie, serce galopuje i nie mogę złapać oddechu.

Budzę się o szóstej zero jeden.

06.01.

I nie mogę już zasnąć.

shawn-210  shawn1_1106749506 Wallace Shawn

Fiona Shaw http://vignette4.wikia.nocookie.net/villains/images/1/1f/006TBD_Fiona_Shaw_001.jpg/revision/latest?cb=20150120093402 http://media.gettyimages.com/photos/fiona-shaw-as-young-woman-in-sophie-treadwells-machinal-directed-by-picture-id539577576

Komuś Jeszcze to wszystko wydaje się dziwne?

018 Nie tylko człowiek

Trzydzieści pięć lat temu pewien młody człowiek postanowił, że nie zostanie elektrykiem jak jego ojciec. Postanowił zamiast tego, że pójdzie na studia architektoniczne. Niestety nie dostał się za pierwszym razem i poszedł na dwa lata do wojska. Nie palił, więc przydziałowe papierosy wymieniał na konserwy. Rysował najlepiej z wszystkich tam, więc ‚ozdabiał’ chusty dla tych co odkroili już wszystkie kawałki centymetra z dniami do końca służby. Po tym jak sam wyszedł z wojska, jego matka prawie go nie poznała. Jej zawsze chudy jak przecinek syn, nabrał ciała w wojsku. Podobno to po części przez ilość chleba i spożywanie czegoś, co nazywano mięsem, bo przez chwilę obok niego leżało. Naturalnie zaraz znowu zrobił się upiornie chudy.

Nic się przez te dwa lata jednak nie zmieniło. Jakkolwiek mógł być zdemotywowany albo niezadowolony, że nie udało się za pierwszym razem, nie podał się. Prawdopodobnie nie dostanie się wtedy na architekturę wydawało się mu dramatem niemal nie do przeżycia. A jednak przeżył i poszedł na wymarzone studia. Pomińmy fakt, że same studia architektoniczne to często katorga. Zwłaszcza jeśli jest się człowiekiem uczciwym.

Z koła naukowego studenci jeździli grupą na różne wycieczki. Także szlakiem bunkrów. Na jednej z takich wycieczek jakoś w 1985 poznał pewną dziewczynę. Pięknie ubraną (rodzice byli krawcami), z grubymi warkoczami do tyłka. Cokolwiek w niej wtedy zobaczył i jakiekolwiek środki powziął, w 1987, 1 czerwca poprosił ją o rękę. Rok później, tego samego dnia byli już małżeństwem. Trzy lata potem urodziła się im córeczka.

Nie odziedziczyła po nim niebieskich oczu, ale przez wiele lat była najchudsza, gdziekolwiek poszła. Cokolwiek się działo, jak bardzo jej mama nie byłaby nerwowa, zawsze był tata. A tata był skałą. Niezmienny, solidny i milczący jak skała. Sumienny, dbający o detale. Cierpliwy i odpowiedzialny.

Kiedy miała kilka lat i ledwo zaczynała szkołę, rodzice od czasu do czasu mieli wieczorami gości. Wtedy położona uprzednio do łóżka dziewczynka wygrzebywała się z niego i szła za odgłosami rozmów. Wchodziła do pomieszczenia i za niewielką cenę bycia przedstawioną zebranym/ przywitania się, wspinała się tacie na kolana. Wtulona w jego pierś zasypiała żeby czasami obudzić się na kilka sekund i zauważyć że jest niesiona do łóżka. Dopóki jeszcze nie była za duża, robiła to prawie za każdym razem. I za każdym razem czuła się bezpiecznie jak nigdzie indziej. Nie mogła wiedzieć, że częściowo robiła to przez przyzwyczajenie. Kiedy była bobasem, zasypiała na piersi taty, słuchając bicia jego serca.

Przez całą podstawówkę tata budził córkę i jej siostry, robił im śniadanie, pakował drugie śniadanie do plecaka i zawoził rano do szkoły. Czasami gdy najstarsza otwierała kanapkę by sprawdzić z czym jest znajdowała uśmiechniętą buźkę zrobioną ketchupem albo połową krążka cebuli i plasterkami ogórków. Było to miłe, ale przeważnie wolała słodkości ze sklepiku niż śniadanie z domu. Raz nawet rodzice odkryli kolekcję kanapek i jogurtów w szufladzie jej biurka.

Nie zdawała sobie sprawy z tego, że przez większość życia mało czasu spędzała w autobusie. Zawsze był samochód taty. Czy jechało się na balet, na gimnastykę, na dodatkowe zajęcia.

Dziecko dorosło i zdecydowało, że ścisłowcem nie jest i nigdy nie będzie. Wybrało się na profil humanistyczny w liceum i na studia dziennikarskie. Nadal co rano tata wstawał rano, budził wszystkie dzieci, żeby przed pracą zawieść je do szkół. Pewnego dnia znowu zaczął robić drugie śniadanie dla najstarszej córki, która zawsze wybiegała bez tego pierwszego i pędziła na autobus. Pewnego dnia, gdy wszystko zdawało się beznadziejne, szare i męczące, głodna wyjęła kanapkę z folii. Odruchowo ją otworzyła. Ze starannie ułożonej szynki, patrzyły na nią dwa ketchupowe oczka i ketchupowy uśmiech.

Może tata niewiele mówił, może zajmował się dziećmi po cichu, może nie powtarzał codziennie co do nich czuje. Ale ten jeden uśmiech z ketchupu mówił więcej niż wszystkie słowa kiedykolwiek mogłyby powiedzieć. I poprawiły humor dziecku, które od kilku lat miało na pieńku z rodzicielką. Chyba wtedy przestała myśleć „rodzice”, tylko „mama i Tata”. Tata – człowiek który bez narzekania zawiezie, odbierze, zrobi zakupy za mamę, pójdzie do pracy za mamę, będzie harował jak wół (częściowo za mamę).

Minęło pięć lat. Dziewczynka w tym czasie poszła w ślady rodziców. I kiedy w trakcie sesji prawie nie spała, zawsze mogła liczyć na to, że rano usłyszy pukanie do drzwi i zobaczy te niebieskie oczy, posiwiałą czuprynę i uśmiech jedynej osoby, która nigdy jej źle nie potraktowała i nigdy tego nie zrobi. Która w stoickim milczeniu wspierała na wszelkie znane sobie sposoby. Bez większej filozofii, wiedzy, planów i udziwnień. Po prostu, od serca i z miłością.

Teraz ma ponad pięćdziesiąt lat, a tak naprawdę od dwudziestu-pięciu lat nic się nie zmieniło. Nie tylko jest jak opoka, ale również jak woda, która systematycznie, przez lata drąży skałę.  Dziewczynka ma tylko nadzieję, na kolejne pięćdziesiąt lat. A gdyby się dało, to nawet na wieczność.

Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. To jednak zawsze był i jest jedyny człowiek, który dla tej córeczki tatusia jest najlepszym spośród tylko ludzi.

blog_iv_5056744_7844801_tr_dlon-malego-dziecka-obejmuje-palec-rodzica

Zapisz

017 Bad coach

Wszyscy mieliśmy, możliwe że mamy i mieć będziemy trenera. Na każdym etapie życia. Brzmi jak bardzo głęboki cytat z zalegającej na półkach jednej sieciowej księgarni książki o samodoskonaleniu? Albo poznaniu swojego prawdziwego ja? Tym razem to nie to, tylko telewizja śniadaniowa.

Jakiś wariat ustalił, że gdy wciskamy jedynkę, na ekranie zamiast telewizyjnej jedynki włącza nam się zakodowany TVN. Normalnie nie oglądam telewizji śniadaniowej, a tym bardziej czegoś takiego jak TVN (w ogóle nie bardzo mam czas na oglądanie telewizji). Tego randka zrobiłam ambitny omlet i zjadłam z oliwkami i avocado. W tym celu usiadłam przy stoliku, przed telewizorem i od niechcenia włączyłam TV. Przełączyłabym program, ale było coś o reprezentacji Polski (chyba koszykówka) i ogólnie o trenerach.

Przeżuwając jajko i avocado z sokiem cytrynowym usłyszałam te oto słowa, które teraz sparafrazuję: Na każdym etapie życia człowiek ma trenera. Jako dziecko rodziców, w szkole rodziców i nauczycieli.

Ktoś mówi nam co robić, zagrzewa do walki dba o naszą kondycję fizyczną i psychiczną – to samo w sobie nie było jakieś odkrywcze, choć nigdy nie porównywałam swoich rodziców do trenerów. I zaraz potem telewizja mnie uświadomiła, dlaczego. Bo musiałabym przyznać, że jako trenerom to niewiele im wyszło i w ogóle przez większość ostatnich dwudziestu pięciu lat nie mieli pojęcia co robią. A już na pewno nie widzieli siebie samych jako trenerów.

Do niedawna usprawiedliwiałam swoje odczucia względem rodziców na przeróżne sposoby.

  • Na pewno strasznie ich oceniam, bo po prostu nie mogę znieść ich wyższości nade mną. – to wytłumaczenie nie trzymało się kupy.
  • No, to może po prostu oceniam ich, prze pryzmat tego kim chcę w przyszłości być. Czy kimś takim jak oni, a może odwrotnie.
  • Albo, że to z pewnością jest jak w Tangu Mrożka. Dziecko musi i zawsze buntuje się przeciwko rodzicom. Czegokolwiek by sobą nie prezentowali.
  • Wykoncypowałam, że może to po prostu natura i ewolucja – oceniam srogo, żeby uczyć się na ich błędach i samemu być lepszym człowiekiem.
  • Lub po prostu nie mogę ich zrozumieć i prawidłowo ocenić, bo jeszcze nie jestem mężatką i nie posiadam własnych dzieci. Jak będę je miała, to na pewno mnie olśni. Wszystko wpadnie na swoje miejsce i będzie jasne.

Żadne z tych wytłumaczeń mnie nie satysfakcjonowało. Zastanawiałam się, czy to dlatego, że nie sposób sprawdzić na pewno, która z teorii jest prawdziwa? A może dlatego, że zawsze istnieje cień wątpliwości. Jakiekolwiek moje osobiste przekonanie by nie było.

Zakodowana telewizja mi to wyjaśniła w pewien sposób i to, o dziwo, niegłupi.

Jeśli rodzic ma być rzeczywiście pewnym rodzajem trenera. Albo chociaż osobą, która ma wskazywać niedoświadczonemu, młodemu człowiekowi drogę; jeśli to dziecko ma za nim podążać, to potrzebne jest kilka rzeczy:

  • Wzajemne zaufanie,
  • Wzajemny szacunek,
  • Trener/rodzic musi dawać przykład (i to dobry),
  • Cierpliwość,
  • Dobra wola,
  • Pewne granice nie mogą być przekroczone.

Pewnie jest tego więcej, ale te wydają mi się na razie najważniejsze no i te właśnie przyszły mi do głowy.

  • Nie wyobrażam sobie robienia czegoś czego chce ode mnie osoba, której w ogóle nie ufam. A już na pewno nie posłucham, kiedy powie skacz, a jak na mój gust jest za wysoko.
  • Szanuje się kogoś, kto na to zasługuje, a nie tego żąda. Wykrzykiwanie „Masz mnie szanować, bo jestem twoją matką” po pewnym czasie nie jest już nawet argumentem o romantycznym i uczuciowym zabarwieniu, tylko pustymi słowami nawołującymi do zwrócenia uwagę na wspólną krew.
  • Nie można mieć wszędzie bałaganu (zwłaszcza w swojej sypialni) i wrzeszczeć na dziecko, bo ma chaos w swoim pokoju. Tak jak nie można wkładać tysiąca użytych przez siebie naczyń i sztućców do zlewu (jakby miały się w nim magicznie same umyć), a potem wrzeszczeć na potomka, gdy robi to co rodzic. To po prostu nie trzyma się kupy. Człowiek uczy się również przez powtarzanie czynności. W wielu przypadkach „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie” po prostu nie działa. Albo ultimate one: wrzeszczenie na gimnazjalistę że pali, a samemu z współmałżonkiem robić konkurencję kominom fabrycznym.
  • Cierpliwość.. to chyba nie wymaga wyjaśnień.
  • Dobra wola – jest o wiele łatwiej słuchać rodzica, kiedy nie masz wrażenia, że każe ci coś w zrobić w ten, a nie inny sposób bo jemu tak będzie wygodniej. A tobie… No, przecież dzieci i ryby głosu nie mają.
  • Powinny istnieć logiczne i nieprzekraczalne granice. Na przykład prywatności. Albo moment, w którym rodzic zamiast narzucać ci swój pogląd (jakkolwiek prawdziwy), po prostu dyplomatycznie milczy. Decyzje. Pewne decyzje należą tylko i wyłącznie do tego dziecka. Zwłaszcza że na przykład już od dłuższego czasu jest pełnoletnie.

Na wierzchołku tej monstrualnej góry lodowej (o której najprawdopodobniej nikt sobie nie poczyta), jest jeszcze jedna rzecz. Dotyczy szacunku. Kogo bardziej byś szanował: człowieka, który pokonując niezliczone ilości przeciwności losu; który dostał wielokrotnie obuchem w łeb od życia – kogoś kto po tym wszystkim podnosi się i idzie dalej. Czy ktoś, kto czegoś tam dokonał, ale w sumie był tak zgnębiony, tak niesprawiedliwie potraktowany przez los, że postanowił usiąść. Przecież nie będzie świrował. Widać, kiedy coś wygląda na aż tak trudne, że branie się za to nie jest warte zachodu.

Kogo byście wybrali? Kogoś kto walczy, czy kogoś kto się już poddał. Kogoś, kto cały czas się rozwija i usiłuje być lepszym sobą; czy kogoś kto stwierdził, że tyle wystarczy.

Może i ta notka jest długa. Może brzmi jak wylewanie żalu na kogoś. Może pomyślicie sobie, że istotnie nie mam prawda osądzać swoich rodziców. A może nikt tego i tak nie przeczyta?

Tak czy inaczej ja nadal będę próbowała ich zrozumieć. Tylko za dwa lata będę to robiła z bezpiecznej odległości. I kto wie? Może te szesnaście godzin autem uzdrowi nasze relacje? No, bo jestem jednym z tych ludzi, którzy mają nadzieję, że się uda, choćby nie wiem co. Potrafię mieć nadzieję nawet tuż po ataku paniki i zaniku motywacji. Jak bańka-wstańka. I mam cichą nadzieję, że mi się to jeszcze wielokrotnie w życiu przyda.

Pozdrawiam wytrwałych, którzy dobrnęli do końca 😉

Tych, którzy się nie poddają.

012 Dzieło (1/2)

Miałam chyba dwadzieścia trzy lata i dawna przyjaciółka (jeszcze z dzieciństwa) zaprosiła mnie do siebie na imprezę, bo byłam akurat w Krakowie. To był wieczór, podczas którego nie wypiłam za dużo, nie zrobiłam niczego głupiego, nie ośmieszyłam się. Nie zdarzyło się na tej domówce nic szczególnego. No, może oprócz tego, że spełniłam takie swoje jedno, bardzo egoistyczne marzenie. Zagrałam w filmie. Co prawda nie było castingu, nie było świateł i nie było zdjęć. Zagrałam etiudę ze swojego życia, która nosiłaby tytuł ‚Triumfalny Powrót‚. To, że wszystko poszło tak gładko, sprawiło, że mam teraz wspomnienie, które długo nie wyblaknie.

Ubrałam nową sukienkę – niebieską, a nie w kolorze paryskiego olympia_bluebłękitu albo ultramaryny (ble!). Elegancką, ale casual. Cienkie rajstopy, fajne baleriny . Był to dobry dzień dla mojej figury, włosów cery i makijaż też mi wyszedł. Przyszłam na umówioną godzinę i oczywiście nikogo jeszcze nie było. Ale to dobrze, bo miałyśmy z moją byłą przyjaciółką czas trochę pogadać.

Kiedy zaczęli się schodzić inni goście miałam już podświadomy status prawie-gospodyni. Pomagałam przyjaciółce, ona przedstawiała mnie z takim namaszczeniem jakbym co najmniej wylazła z grobu, otrzepała się, poszła do sklepu i kosmetyczki po czym wpadła na chwilkę na jej skromne przyjęcie. Na pewno wyszło tak przez przypadek, ale obserwowane przeze mnie reakcje bawiły mnie, interesowały i dodawały pewności siebie której często mi brakuje.

91984-1gnijc485ca-panna-mc582oda-tim-burton-corpse-bride-thelksinoe006_corpse_bride_hr_09_-_960

Siostry przyjaciółki stwierdziły, że świetnie wyglądam i przypominam im Keirę Knightley, co by się broniło, gdyby nie partie klatki piersiowej. Przepraszam bardzo, ale jeśli chodzi o to, to ja i Keira jesteśmy niebo a ziemia. O różnicach mogłabym się rozpisać, ale po co. Może chodziło o kolor włosów i uczesanie?… Czort wie. Słyszałam ju o Natalie Portman albo Kirsten Stewart, ale Keira?… Do głowy by mi nie przyszło.

keiraknightley-3    10natalie20portman-2

bella-swan-nm-bella-tris-37125048-300-429

Nikt by mnie z nimi w życiu nie pomylił. Ja też siebie w nich nie widzę. Gdyby chociaż wszystkie miały ten sam typ twarzy! (tak, coś takiego jak typ twarzy istnieje na pewno).

Jedyne co je (chyba) łączy to  podobne kolory włosów i oczu. Ewentualnie coś może być na rzeczy, jeśli chodzi o kości policzkowe, ale jakoś mi się nie wydaje.

Może jednak tylko ta fryzura wtedy? Opadająca powieka? Nie wiem.

(zdjęcia dobrane pod kątem ewentualnego podobieństwa, gdyby ktoś się miał już zapierać zadnimi łapami, ale ja w to podobieństwo raczej nie wierzę)

W trakcie imprezy zdążyłam pogadać z dawnym kolegą z klasy, który wyraził żywą chęć spotkania mnie następnym razem jak będę w Krakowie (?). Może był w szoku widząc różnicę między molem książkowym przyspawanym do ściany, jakiego znał a pewną siebie odsztafirowaną babką, jaką zobaczył na imprezie. Czort go wie… również.

Potem lekko wstawiona przez jakieś dwie godziny dyskutowałam z pewnym gościem na temat tego co jest sztuką, a co nie. Co można uznać za dzieło 02malewiczczarnykwadratsztuki, a czego nie. Dla przykładu taki Czarny Kwadrat  albo tyłek odbity na ścianie w hotelu (przez Salvadore Dalego) nie. Ani trochę. Za to okres niebieski Picassa albo Mona Lisa da Vinci’eago i owszem.

Brylowałam w towarzystwie, a potwierdzeniem mojego statusu prawie-gospodarza było to, że miałam zostać na noc i żegnałam się z wszystkimi sama zostając w mieszkaniu. Mój egoizm był najedzony. Moje ego urosło do rozmiarów gargantuicznych, a ja zasnęłam z uśmiechem na twarzy. Następnego dnia obudziłam się o przyzwoitej porze bez śladów kaca i wybrałam do domu.

mv5bmzkxnda2nja4nl5bml5banbnxkftztgwodqymzqznte-_v1_cr059640360_al_ux477_cr00477268_al_To wszystko przypomniało mi się gdy oglądałam sceny z przyjęcia noworocznego w ‚Wieku Adaline‚. Ale o samym filmie może kiedy indziej.

Zapisz