020 Jesteś w błędzie

Wszyscy używamy słowa „wiem” w zły sposób. Tłumaczymy to mówiąc „Tak się teraz mówi” albo „to tylko takie wyrażenie”. Tymczasem albo notorycznie źle stosujemy to słowo, albo kłamiemy.

-Wiedziałeś, że furtka się nie domyka? – pyta męża, żona.

-Wiem, muszę coś z tym w końcu zrobić – odpowiada mąż. Dlaczego skłamał? Przecież bladego pojęcia nie miał, że furtka jest otwarta. Kiedy wracał z pracy zamknął ją za sobą. Musiała się potem otworzyć i właśnie wtedy zobaczyła ją żona.

furtki_ogrodowe_333

Czy użyte w odruchu słowo ‚wiem’ było tylko i wyłącznie odruchem? A może było kłamstwem? Albo nieprawidłowym użyciem słowa? A wystarczyłoby dodać z przodu ‚teraz już’ i wszystko by pasowało.

Mnie ciekawi coś innego: ile razy na dziesięć naprawdę wiemy coś, o czym sądziliśmy że to wiemy?

„Wiem, że nic nie wiem”

– Sokrates

To mówi gościu, który był kmzqwodayodesndy0odk1fsokrates_bw4wprawnym  akuszerem prawdy, orędownikiem logiki i wielkim filozofem. Kimś, kogo również za wiedzę, ludzkość będzie cytować przez wieki. W szkole omawiać jego filozofię. Dlaczego więc dzisiejszy człowiek, który nie jest nawet ćwiartką Sokratesa, ma czelność zachowywać się jakby wszystko wiedział?

I nie chodzi tu już o nieprawidłowe użycie słowa ‚wiem’. Człowiek przy pewnej ilości pewności siebie potrafi twierdzić, że jest omnibusem. Jest jeszcze gorzej, kiedy postanawia dzielić się swoją wiedzą szeroko i tonem pretensjonalnym.

Są jeszcze inne przykłady uzurpowania sobie wiedzy. Człowiek, który osądza. Nie powiecie mi, że nie widzicie tych spojrzeń w autobusach. Czy ktoś skanuje Ciebie wzrokiem, czy kogoś innego. Czy gapi się z wyrazem twarzy człowieka, który właśnie znalazł dwutygodniową, brudną skarpetkę; czy tworzy arystokratyczny dzióbek i spogląda z wyższością spod rzęs.

Jakkolwiek jest zniesmaczony, nie może wiedzieć, że nie zrobiłaś makijażu, bo jedziesz właśnie do dermatologa. Albo, że nie ubierasz się tak źle na co dzień, tylko pralka wysiadła w najgorszym momencie i zostały ci stare dżinsy i przetarty podkoszulek. Że twoje włosy nie wyglądają przeważnie jak peruka Ludwika XVI, tylko dałaś się namówić na wizytę u fryzjera swojej mamy.

Nie może.

cytaty-73

Dlaczego więc ośmiela się w swoim kurzym móżdżku ocenić kogoś od tak, bez możliwości zgłębienia tematu. Czuje się przez to lepiej? Na jak długo to pomaga? Czy rzeczywiście pomaga?

Człowiek, choćby nie wiem jak się starał, nigdy nie będzie w stanie w pełni poznać i ocenić drugiego człowieka. Wykorzystywanie mechanizmu oceniania na prędce, który kiedyś miał mu powiedzieć, czy ten ktoś zaraz wyciągnie nóż i cię obrabuje, do poprawiania sobie humoru i poczucia własnej wartości, jest aroganckie. Niesprawiedliwe i nie ma żadnej prawdziwej wartości. Osoba, która w takim celu ocenia obcych sobie, powinna wiedzieć, że cokolwiek sobie właśnie wymyśliła, nie jest prawdą; a to co robi świadczy źle wyłącznie o niej samej.

12669661_933336540090314_3652018880523751788_n

Przeczytałam jakiś czas temu książkę o sekretnych życiach pisarzy. Problem w tym, że już sam tytuł nie jest prawdziwy. Te życia nie były nigdy sekretem. Może jakieś pojedyncze brudy, które autor-hiena wydobył z jakiś przepastnych czeluści. Tak, o Hamingway’u też tam było. I choć autor stara się nie używać opiniotwórczych przymiotników i w ogóle, to to co pisze mówi samo za siebie. Jedni mogą to odebrać jako interesujące i inspirujące tekst, które mówią, że nikt nie jest idealny. Niestety sposób w jaki to wszystko napisano, wskazuje na to, że ktoś po prostu usiłował zarobić na czyichś głupich życiowych błędach i chorobach.

Hiena.

ed-hyenas-from-lion-king-30679343-470-337

Jeśli uważasz, że wiesz wszystko, jesteś w błędzie. Jeśli uważasz, że możesz pouczać innych, jesteś w błędzie. Jeśli uważasz, że plotkowanie o kimś jest okej i nieszkodliwe, jesteś w błędzie. Jeśli uważasz, że mimo wszystko ocenianie kogoś obcego po wyglądzie poprawia Ci humor i jest okej, jesteś w błędzie.

Niestety wielu ludzi tak myśli…

140809-cytaty-motywacja-inspiracja-dobre-sprawiedliwe-piekne-sokrates

I tu właśnie dobra wiadomość dla ludzi, którzy mają świadomość bycia ocenianym na każdym kroku 😉

Człowiek, zamiast karmić się mniej lub bardziej wyimaginowanym nieszczęściem drugiej osoby, powinien poszukać optymizmu. I to w zupełnie innym miejscu. Nawet przeczytanie raz dziennie motywującego cytatu, może dużo zmienić.

Tak z przymrużeniem oka:

cytaty2bo2bogrodach2b252852529

Reklamy

019 Cazy Baby

19188965eda79be5379076b48bd0146c

Czy jest na sali ktoś kto, owszem, wierzy* w medycynę, ale nie uważa za nią psychologii? Albo ktoś kto nie widzi nic naukowego w diagnozach psychologów lub psychiatrów? Że raporty z badań psychiatrycznych są bardziej bliskie literaturze fikcji niż faktu? Literaturze, a nie dokumentowi? Czy ktoś jest gotowy przekreślić dziesięciolecia usiłowań ludzi badających ludzki umysł?

Ja bym może nie przekreślała. Człowiek dowiaduje się przy okazji tego wszystkiego wielu rzeczy, które są pomocne. Jak na przykład, że dużą część zaburzeń psychicznych można wyleczyć nie tylko terapią, ale również samą dietą? Takich smaczków jest więcej.

Problem pojawia się, gdy sceptyk zaczyna zadawać pytania. Typu – jak dokładna może być diagnoza psychologiczna. Albo czy istnieją dwa, w gruncie rzeczy takie same, przypadki. Problem może się również objawić w momencie gdy sceptyk jest dodatkowo zwolennikiem spiskowej teorii rzeczywistości. Do stopnia paranoi węszy wszędzie drugie dno, podstępy i spiski. Psychiatra albo inny psycholog pewnie stwierdziłby, że gość ma paranoję i trzeba go leczyć, albo zakrawa na schizofrenię. Może machnąć nań łapką po zapisaniu litanii leków.

9275cca727d748187a178834c9a89ba2

W ramach myślowej freeway, zaczęłam się dzisiaj zastanawiać czym są fobie. No, dobra. Zobaczyłam wielkiego pająka i tylko przez to zwiałam z salonu, sprzed ciekawego programu w telewizji.

Przecież pająk nie przybył tam w celach zamordowania mnie. Zwłaszcza, że nie jest jadowity. Nie wyglądał, jakby miał zamiar po mnie spacerować, albo zamieszkać w moim uchu, prawda? Miał ileś tam nóżek, odwłok i resztę elementów. Żadna z nich z osobna nie jest straszna. Pająk nóżkami ledwo wykraczałby poza obszar paznokcia mojego kciuka. Logicznie rozumując powinnam móc go zignorować. Dlaczego więc nie mogę?

4368186_orig

„Fobia to zaburzenie nerwicowe, którego objawem osiowym jest uporczywy lęk przed określonymi sytuacjami, zjawiskami lub przedmiotami, związany z unikaniem przyczyn go wywołujących i utrudniający funkcjonowanie w społeczeństwie. Fobie wywoływane są przez pewne sytuacje lub obiekty zewnętrzne wobec osoby przeżywającej lęk, które w praktyce nie są niebezpieczne.”

Tak więc ktoś może mieć aerofobię i bać się powietrza. Albo innych ludzi – antropofobia. Przed zaczerwienieniem się i/lub czerwonymi przedmiotami – erytrofobia. A także lęk przed przebywaniem na wysokości – akrofobia.

Przyznaję, że trudno mi wytłumaczyć to pierwsze. Rozumiem, że komuś może się coś robić w środku na myśl o przeciągu, bo na przykład łatwo się przeziębia. Tylko, że nie łączy tych dwóch kropek i uważa, że po prostu boi się powietrza. Antropofobia jest uzasadniona do pewnego stopnia. Człowiek może bać się drugiego, bo mózg niezależnie od okoliczności, podpowiada mu, że może zawsze zostać przez kogoś zaatakowany. Można mieć w sobie lęk, który automatycznie pojawia się gdy widzi się coś czerwonego. Kiedyś dzięki temu ludzkość nie wyginęła stroniąc od trujących jagód. To także może być kolor ognia (parzy!) albo po prostu ostrzeżenia. Niektóre koralowce nie zżerają pstrokatych rybek, bo wiedzą, że się otrują. Akrofobia jest chyba najbardziej naturalna – kto się nie boi przebywać na wysokości kiedy uświadomi sobie w jaki sposób mógłby zakończyć się upadek? Pal licho natychmiastową śmierć – przecież można gdzieś leżeć dniami, cierpiąc straszliwie i nie mogąc wezwać pomocy.

Wszystko da się wytłumaczyć. Dlaczego więc ktoś to wszystko nazywa zaburzeniem nerwicowym, a nie instynktem samozachowawczym?

https://qph.ec.quoracdn.net/main-qimg-332e608493bb505fffd45791c1bb83ac

Ok – powie ekspert psychiatrii i psychologii, poprawiając na nosie okulary w rogowych oprawkach. – Ale mówiąc „fobia”, mówimy o przypadku skrajnym. Kiedy taki lęk nie pozwala Ci normalnie funkcjonować. Blokujesz przejście na kładce nad przepaścią, chociaż gdyby łatwo się z niej wypadało, nikt by na nią ludzi nie wpuszczał. W czasie prezentacji w pracy nagle zaczynasz krzyczeć opętańczo i usiłujesz wdrapać się na kolana współpracownikowi, bo zobaczyłeś pajęczaka na tablicy obok. 

homercrazy

Pytam więc: czy to już fobia, jeśli nie mogę obejrzeć fajnego programu przez małego pajączka, którego już tam najprawdopodobniej nie ma? Co prawda nie wybiegłam z krzykiem i nie wciskałam ręcznika pod drzwi, żeby absolutnie nie mógł przeniknąć do mojego pokoju. Nie kazałam też nikomu go wynieść. Po prostu myśl, że jet w tym samym pomieszczeniu pająk, nie pozwalała mi skupić się na programie.

200_s

Jakiś Młody Wykształcony mógłby powiedzieć, poprawiając krawat w barwach korpo: No, ale mógłby być jadowity. Better safe than sorry. Po prostu minimalizujesz możliwości padnięcia trupem.

Myślę, że dużo ludzi myli zwykły instynkt samozachowawczy z fobią. Potem chwali się jakiej to fobii nie ma. A przecież nie myśli uporczywie o pająku, dopóki go nie zobaczy.

Na ile psychologia przeinterpretuje? Na ile człowiek posługuje się nieprawidłowo słowem „fobia”? I wreszcie ilu ludzi wie czym naprawdę jest fobia?

Gdzie kończy się instynkt przetrwania a zaczyna fobia?

9132013060434

 

*No, chyba, że ktoś jest lekarzem, ma z medycyną ciągłą styczność i zna się na tym bardziej niż przeciętny człowiek. Wtedy wiara nie jest potrzebna. Wystarczy wiedza. A wiarę można pozostawić tym, którzy muszą Ci wierzyć na słowo 😉

018 Nie tylko człowiek

Trzydzieści pięć lat temu pewien młody człowiek postanowił, że nie zostanie elektrykiem jak jego ojciec. Postanowił zamiast tego, że pójdzie na studia architektoniczne. Niestety nie dostał się za pierwszym razem i poszedł na dwa lata do wojska. Nie palił, więc przydziałowe papierosy wymieniał na konserwy. Rysował najlepiej z wszystkich tam, więc ‚ozdabiał’ chusty dla tych co odkroili już wszystkie kawałki centymetra z dniami do końca służby. Po tym jak sam wyszedł z wojska, jego matka prawie go nie poznała. Jej zawsze chudy jak przecinek syn, nabrał ciała w wojsku. Podobno to po części przez ilość chleba i spożywanie czegoś, co nazywano mięsem, bo przez chwilę obok niego leżało. Naturalnie zaraz znowu zrobił się upiornie chudy.

Nic się przez te dwa lata jednak nie zmieniło. Jakkolwiek mógł być zdemotywowany albo niezadowolony, że nie udało się za pierwszym razem, nie podał się. Prawdopodobnie nie dostanie się wtedy na architekturę wydawało się mu dramatem niemal nie do przeżycia. A jednak przeżył i poszedł na wymarzone studia. Pomińmy fakt, że same studia architektoniczne to często katorga. Zwłaszcza jeśli jest się człowiekiem uczciwym.

Z koła naukowego studenci jeździli grupą na różne wycieczki. Także szlakiem bunkrów. Na jednej z takich wycieczek jakoś w 1985 poznał pewną dziewczynę. Pięknie ubraną (rodzice byli krawcami), z grubymi warkoczami do tyłka. Cokolwiek w niej wtedy zobaczył i jakiekolwiek środki powziął, w 1987, 1 czerwca poprosił ją o rękę. Rok później, tego samego dnia byli już małżeństwem. Trzy lata potem urodziła się im córeczka.

Nie odziedziczyła po nim niebieskich oczu, ale przez wiele lat była najchudsza, gdziekolwiek poszła. Cokolwiek się działo, jak bardzo jej mama nie byłaby nerwowa, zawsze był tata. A tata był skałą. Niezmienny, solidny i milczący jak skała. Sumienny, dbający o detale. Cierpliwy i odpowiedzialny.

Kiedy miała kilka lat i ledwo zaczynała szkołę, rodzice od czasu do czasu mieli wieczorami gości. Wtedy położona uprzednio do łóżka dziewczynka wygrzebywała się z niego i szła za odgłosami rozmów. Wchodziła do pomieszczenia i za niewielką cenę bycia przedstawioną zebranym/ przywitania się, wspinała się tacie na kolana. Wtulona w jego pierś zasypiała żeby czasami obudzić się na kilka sekund i zauważyć że jest niesiona do łóżka. Dopóki jeszcze nie była za duża, robiła to prawie za każdym razem. I za każdym razem czuła się bezpiecznie jak nigdzie indziej. Nie mogła wiedzieć, że częściowo robiła to przez przyzwyczajenie. Kiedy była bobasem, zasypiała na piersi taty, słuchając bicia jego serca.

Przez całą podstawówkę tata budził córkę i jej siostry, robił im śniadanie, pakował drugie śniadanie do plecaka i zawoził rano do szkoły. Czasami gdy najstarsza otwierała kanapkę by sprawdzić z czym jest znajdowała uśmiechniętą buźkę zrobioną ketchupem albo połową krążka cebuli i plasterkami ogórków. Było to miłe, ale przeważnie wolała słodkości ze sklepiku niż śniadanie z domu. Raz nawet rodzice odkryli kolekcję kanapek i jogurtów w szufladzie jej biurka.

Nie zdawała sobie sprawy z tego, że przez większość życia mało czasu spędzała w autobusie. Zawsze był samochód taty. Czy jechało się na balet, na gimnastykę, na dodatkowe zajęcia.

Dziecko dorosło i zdecydowało, że ścisłowcem nie jest i nigdy nie będzie. Wybrało się na profil humanistyczny w liceum i na studia dziennikarskie. Nadal co rano tata wstawał rano, budził wszystkie dzieci, żeby przed pracą zawieść je do szkół. Pewnego dnia znowu zaczął robić drugie śniadanie dla najstarszej córki, która zawsze wybiegała bez tego pierwszego i pędziła na autobus. Pewnego dnia, gdy wszystko zdawało się beznadziejne, szare i męczące, głodna wyjęła kanapkę z folii. Odruchowo ją otworzyła. Ze starannie ułożonej szynki, patrzyły na nią dwa ketchupowe oczka i ketchupowy uśmiech.

Może tata niewiele mówił, może zajmował się dziećmi po cichu, może nie powtarzał codziennie co do nich czuje. Ale ten jeden uśmiech z ketchupu mówił więcej niż wszystkie słowa kiedykolwiek mogłyby powiedzieć. I poprawiły humor dziecku, które od kilku lat miało na pieńku z rodzicielką. Chyba wtedy przestała myśleć „rodzice”, tylko „mama i Tata”. Tata – człowiek który bez narzekania zawiezie, odbierze, zrobi zakupy za mamę, pójdzie do pracy za mamę, będzie harował jak wół (częściowo za mamę).

Minęło pięć lat. Dziewczynka w tym czasie poszła w ślady rodziców. I kiedy w trakcie sesji prawie nie spała, zawsze mogła liczyć na to, że rano usłyszy pukanie do drzwi i zobaczy te niebieskie oczy, posiwiałą czuprynę i uśmiech jedynej osoby, która nigdy jej źle nie potraktowała i nigdy tego nie zrobi. Która w stoickim milczeniu wspierała na wszelkie znane sobie sposoby. Bez większej filozofii, wiedzy, planów i udziwnień. Po prostu, od serca i z miłością.

Teraz ma ponad pięćdziesiąt lat, a tak naprawdę od dwudziestu-pięciu lat nic się nie zmieniło. Nie tylko jest jak opoka, ale również jak woda, która systematycznie, przez lata drąży skałę.  Dziewczynka ma tylko nadzieję, na kolejne pięćdziesiąt lat. A gdyby się dało, to nawet na wieczność.

Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. To jednak zawsze był i jest jedyny człowiek, który dla tej córeczki tatusia jest najlepszym spośród tylko ludzi.

blog_iv_5056744_7844801_tr_dlon-malego-dziecka-obejmuje-palec-rodzica

Zapisz

017 Bad coach

Wszyscy mieliśmy, możliwe że mamy i mieć będziemy trenera. Na każdym etapie życia. Brzmi jak bardzo głęboki cytat z zalegającej na półkach jednej sieciowej księgarni książki o samodoskonaleniu? Albo poznaniu swojego prawdziwego ja? Tym razem to nie to, tylko telewizja śniadaniowa.

Jakiś wariat ustalił, że gdy wciskamy jedynkę, na ekranie zamiast telewizyjnej jedynki włącza nam się zakodowany TVN. Normalnie nie oglądam telewizji śniadaniowej, a tym bardziej czegoś takiego jak TVN (w ogóle nie bardzo mam czas na oglądanie telewizji). Tego randka zrobiłam ambitny omlet i zjadłam z oliwkami i avocado. W tym celu usiadłam przy stoliku, przed telewizorem i od niechcenia włączyłam TV. Przełączyłabym program, ale było coś o reprezentacji Polski (chyba koszykówka) i ogólnie o trenerach.

Przeżuwając jajko i avocado z sokiem cytrynowym usłyszałam te oto słowa, które teraz sparafrazuję: Na każdym etapie życia człowiek ma trenera. Jako dziecko rodziców, w szkole rodziców i nauczycieli.

Ktoś mówi nam co robić, zagrzewa do walki dba o naszą kondycję fizyczną i psychiczną – to samo w sobie nie było jakieś odkrywcze, choć nigdy nie porównywałam swoich rodziców do trenerów. I zaraz potem telewizja mnie uświadomiła, dlaczego. Bo musiałabym przyznać, że jako trenerom to niewiele im wyszło i w ogóle przez większość ostatnich dwudziestu pięciu lat nie mieli pojęcia co robią. A już na pewno nie widzieli siebie samych jako trenerów.

Do niedawna usprawiedliwiałam swoje odczucia względem rodziców na przeróżne sposoby.

  • Na pewno strasznie ich oceniam, bo po prostu nie mogę znieść ich wyższości nade mną. – to wytłumaczenie nie trzymało się kupy.
  • No, to może po prostu oceniam ich, prze pryzmat tego kim chcę w przyszłości być. Czy kimś takim jak oni, a może odwrotnie.
  • Albo, że to z pewnością jest jak w Tangu Mrożka. Dziecko musi i zawsze buntuje się przeciwko rodzicom. Czegokolwiek by sobą nie prezentowali.
  • Wykoncypowałam, że może to po prostu natura i ewolucja – oceniam srogo, żeby uczyć się na ich błędach i samemu być lepszym człowiekiem.
  • Lub po prostu nie mogę ich zrozumieć i prawidłowo ocenić, bo jeszcze nie jestem mężatką i nie posiadam własnych dzieci. Jak będę je miała, to na pewno mnie olśni. Wszystko wpadnie na swoje miejsce i będzie jasne.

Żadne z tych wytłumaczeń mnie nie satysfakcjonowało. Zastanawiałam się, czy to dlatego, że nie sposób sprawdzić na pewno, która z teorii jest prawdziwa? A może dlatego, że zawsze istnieje cień wątpliwości. Jakiekolwiek moje osobiste przekonanie by nie było.

Zakodowana telewizja mi to wyjaśniła w pewien sposób i to, o dziwo, niegłupi.

Jeśli rodzic ma być rzeczywiście pewnym rodzajem trenera. Albo chociaż osobą, która ma wskazywać niedoświadczonemu, młodemu człowiekowi drogę; jeśli to dziecko ma za nim podążać, to potrzebne jest kilka rzeczy:

  • Wzajemne zaufanie,
  • Wzajemny szacunek,
  • Trener/rodzic musi dawać przykład (i to dobry),
  • Cierpliwość,
  • Dobra wola,
  • Pewne granice nie mogą być przekroczone.

Pewnie jest tego więcej, ale te wydają mi się na razie najważniejsze no i te właśnie przyszły mi do głowy.

  • Nie wyobrażam sobie robienia czegoś czego chce ode mnie osoba, której w ogóle nie ufam. A już na pewno nie posłucham, kiedy powie skacz, a jak na mój gust jest za wysoko.
  • Szanuje się kogoś, kto na to zasługuje, a nie tego żąda. Wykrzykiwanie „Masz mnie szanować, bo jestem twoją matką” po pewnym czasie nie jest już nawet argumentem o romantycznym i uczuciowym zabarwieniu, tylko pustymi słowami nawołującymi do zwrócenia uwagę na wspólną krew.
  • Nie można mieć wszędzie bałaganu (zwłaszcza w swojej sypialni) i wrzeszczeć na dziecko, bo ma chaos w swoim pokoju. Tak jak nie można wkładać tysiąca użytych przez siebie naczyń i sztućców do zlewu (jakby miały się w nim magicznie same umyć), a potem wrzeszczeć na potomka, gdy robi to co rodzic. To po prostu nie trzyma się kupy. Człowiek uczy się również przez powtarzanie czynności. W wielu przypadkach „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie” po prostu nie działa. Albo ultimate one: wrzeszczenie na gimnazjalistę że pali, a samemu z współmałżonkiem robić konkurencję kominom fabrycznym.
  • Cierpliwość.. to chyba nie wymaga wyjaśnień.
  • Dobra wola – jest o wiele łatwiej słuchać rodzica, kiedy nie masz wrażenia, że każe ci coś w zrobić w ten, a nie inny sposób bo jemu tak będzie wygodniej. A tobie… No, przecież dzieci i ryby głosu nie mają.
  • Powinny istnieć logiczne i nieprzekraczalne granice. Na przykład prywatności. Albo moment, w którym rodzic zamiast narzucać ci swój pogląd (jakkolwiek prawdziwy), po prostu dyplomatycznie milczy. Decyzje. Pewne decyzje należą tylko i wyłącznie do tego dziecka. Zwłaszcza że na przykład już od dłuższego czasu jest pełnoletnie.

Na wierzchołku tej monstrualnej góry lodowej (o której najprawdopodobniej nikt sobie nie poczyta), jest jeszcze jedna rzecz. Dotyczy szacunku. Kogo bardziej byś szanował: człowieka, który pokonując niezliczone ilości przeciwności losu; który dostał wielokrotnie obuchem w łeb od życia – kogoś kto po tym wszystkim podnosi się i idzie dalej. Czy ktoś, kto czegoś tam dokonał, ale w sumie był tak zgnębiony, tak niesprawiedliwie potraktowany przez los, że postanowił usiąść. Przecież nie będzie świrował. Widać, kiedy coś wygląda na aż tak trudne, że branie się za to nie jest warte zachodu.

Kogo byście wybrali? Kogoś kto walczy, czy kogoś kto się już poddał. Kogoś, kto cały czas się rozwija i usiłuje być lepszym sobą; czy kogoś kto stwierdził, że tyle wystarczy.

Może i ta notka jest długa. Może brzmi jak wylewanie żalu na kogoś. Może pomyślicie sobie, że istotnie nie mam prawda osądzać swoich rodziców. A może nikt tego i tak nie przeczyta?

Tak czy inaczej ja nadal będę próbowała ich zrozumieć. Tylko za dwa lata będę to robiła z bezpiecznej odległości. I kto wie? Może te szesnaście godzin autem uzdrowi nasze relacje? No, bo jestem jednym z tych ludzi, którzy mają nadzieję, że się uda, choćby nie wiem co. Potrafię mieć nadzieję nawet tuż po ataku paniki i zaniku motywacji. Jak bańka-wstańka. I mam cichą nadzieję, że mi się to jeszcze wielokrotnie w życiu przyda.

Pozdrawiam wytrwałych, którzy dobrnęli do końca 😉

Tych, którzy się nie poddają.

016 Good day

Więc zacznę wpis i zdanie od ‚więc’, żeby jakiemuś językowemu pedantowi albo belfrowi z krwi i kości coś się w środku zrobiło.

Żartowałam.

ladybird

Oto Maurycy, który macha do Was czułkami

(Nie, nie znam tej biedronki i nie mam bladego pojęcia czy macha)

Zastanawiałam się przed chwilą, czy mam o czym pisać. Mój A przypomniał mi o piłce nożnej. No, tak. Oglądnęłam dwa mecze polskiej reprezentacji. Ale czy ktoś tu oprócz mnie zainteresowany jest losami naszej drużyny na Euro? Nie mam pojęcia. Zamiast pisać o samej grze, może napiszę o tym, co zaobserwował na mój temat A. Powiem tylko, że:

  • Podobno zachowuję się podczas oglądania jak matka-niedźwiedzica i gdybym mogła faulującym przeciwnikom rzuciłabym się do gardła i rozszarpała.
  • Częstotliwość klęcia wzrosła z 5% do 70%, a to nie mało. I tak się hamowałam.
  • W trakcie meczu twierdziłam, że obie drużyny powinny zostać ukarane, bo nie potrafią się grzecznie bawić. (Nie pamiętam, żebym tak mówiła, ale mojego A bardzo to bawiło, więc kto wie: może mówiłam).
  • Zapamiętałam numery wszystkich moich ulubionych zawodników z reprezentacji. A zwykle mam problem z zapamiętywaniem ciągów liczb.
  • Znowu wywróżyłam kto wygra. A nie rozumie skąd wszystkie te emocje, skoro i tak wiedziałam jak będzie.

561b77cd89c6c_p

No. Koniec o sporcie.

Jeśli ktoś kojarzy gościa powyżej, i jego/jej reakcją jest szczery śmiech, to niech wie, że jest cool 😉

A co u mnie?

U mnie dobrze. Dobre oceny. Nie zeszłam poniżej 3,5. Czekam na jeden wynik. Jeszcze jeden egzamin i jedno oddanie. Potem jedno we wrześniu. Przejść przejdę. Tylko taki mój mankament, że znowu będę cała w nerwach.

Jutro kolejny maraton na wtorkowe oddanie plus kucie do poniedziałkowego egzaminu ustnego. Istota, z którą mamy ten egzamin jest z innego świata. Niestety w wielu rzeczach przypomina mi mnie i przywodzi na myśl moje przyszłe „ja”. Z jednej strony to przerażające, z drugiej jest satysfakcja. Może nigdy nie przestanę cierpieć z różnych powodów, ale sporo osiągnę. To jest, jeśli się nie poddam. Widać osoby jak ja też mają szanse. Może też poznam kiedyś Zumtora.

Dzisiaj odpoczywałam. Obejrzałam sobie film. Posurfowałam po YT. Odetchnęłam. Nie dali spać dłużej niż do dziesiątej, ale niewiele straciłam. Śniło mi się obieranie avocado. Nic specjalnie ciekawego.

Mam nadzieję, że Wy też mieliście dzisiaj miły dzień i życzę udanego weekendu 😉

015 Życiowy Rollercoaster

on the road again
just can’t wait to get on the road again

rollercoaster

Jest lepiej. A byłoby jeszcze lepiej, gdybym nie wiedziała, że to tylko na chwilę. Jak dziecko, któremu proponuje się lody albo słodycze po stłuczeniu kolana, mówię „OK” i patrzę na oferującego szeroko otwartymi oczami, z kropelkami łez na rzęsach, które przypominają rosę na listkach traw. Rękawem wycieram kamiennie niewzruszone, marmurowe policzki, a na mojej twarzy nie ma już żadnego śladu po wykrzywieniu spazmatycznym płaczem.

Dostałam piętkę z ćwiczeń i czwórkę z egzaminu. Motywacja wsadziła stopę przez uchyloną furtkę i zamiast pięćdziesięciu centymetrów jest teraz pięćdziesiąt trzy. Jeszcze nie wystarczająca szerokość na przepchnięcie zadka, ale nic nie jest niemożliwe, prawda?

Kolejny egzamin pojutrze. Jutro zacznę się znowu denerwować. Kolejny atak paniki, serce siniaczące się o żebra, usiłujące umknąć gardłem.

„from a distance, the world looks blue and green
and the snow capped mountains white
from a distance, the ocean meets the stream
and the eagle takes to flight”

Pewnie jakoś przetrwam tą sesję. Może i zostanie coś na kampanię wrześniową. Przemęczenie robi ze mną co chce. Nie trafiają do mnie logiczne argumenty. Nie mogę się nad niczym sensownie zastanowić. Dopadają mnie ataki paniki, z których nie potrafię się wyrwać. Nic do mnie nie trafia, dopóki nie nadejdzie taka chwila jak ta. Kiedy coś się udaje i daje nadzieję na to, że przetrwam. Tylko jak uniknąć tego emocjonalnego rollercoastera?

roller-coaster

Więc dzisiaj czerwone wino i…

„life is a highway and i’m gonna ride it
every day’s a winding road yeah
my rollercoaster’s got the biggest ups and downs
as long as it keeps goin’ round it’s unbelievable”

014 I znowu to samo

Ktoś mi ostatnio powiedział, że idziemy do przedszkola i tak już zostaje. A może przedszkole wygląda po prostu jak cała reszta?

przedszkole-dla-dziecka-dziecko-w-przedszkolu_343919

Rano by się najchętniej spało do dziesiątej – ale nie można, bo rodzice muszą iść do pracy. Przed śniadaniem niespodzianka – dowciapne dzieci schowały Ci gdzieś drugi bucik. Szukaj pantofla i pamiętaj, że brzydko jest skarżyć. Śniadanie to suchy chleb (prawdopodobnie wyrwany koniowi z pyska), z połową plasterka szynki i sera na jedną kromkę. I zdechły, cienki jak bibuła plasterek pomidora. Rytmika to dzieci latające w kółko jak kurczaki z odrąbanymi głowami. Uczenie się nowych literek, numerków to pokazówka tych, których w domu nadgorliwi rodzice już edukowali. Śpiewanie piosenek, to powtarzanie po kawałku bez końca i sklejanie zwrotki. Już dziesięć razy by się zaśpiewało… Obiad smakuje jakby ktoś go zrobił dwa dni wcześniej. Do jedzenia nadaje się tylko przesolony rosół i ziemniaki. Wszyscy wpychają pod nie mięso. Kisiel z marchewką i kompot z wodą w stosunku 1:3.

Podczas leżakowania ubranko wpija się w tyłek i gniecie. Kolega w brązowych rajstopach odpoczywa po obrzydzaniu dzieciom obiadu. Inny po zginaniu tanich widelców na kolanie. Ktoś się ciągle wierci i skrzypi. Ktoś wywija powieki i straszy innych. Jakiś nienormalny już śpi jak zabity. Rysowanie i kolorowanie oznacza pożyczanie innym wszystkich swoich pisaków, choć właśnie tych kolorów się będzie za chwilę potrzebowało. Są i tacy, którzy się nie dzielą i tacy którzy jedzą klej (od święta kredki woskowe). Ktoś zabiera Ci kartkę, bo za ładnie rysujesz. A rysujesz na jakimś dziwnym papierze wtórnego użytku. Kiedy czytają bajkę, powieki opadają same. Jakieś dziwne dzieci zadają głupie pytania. Jakiś urwis szczypie koleżankę.

Na podwieczorek albo sucha kanapka, albo budyń. Kanapka ma nanomilimiter wyrobu Nutello-podobnego. Budyń ma ochydne, zeschnięte błony i skoncentrowany, paskudny kleks syropu. Jakieś dziecko nie zdążyło do toalety, więc pani przedszkolanka przebiera mu rajstopki na krzesełku, na środku sali. A Ty się cieszysz, że to nie ty tam siedzisz.

chlopiec650f

Przyjeżdża po ciebie rodzic, żeby zabrać cię na półtorejgodzinną wycieczkę w korku. Kiedy jesteś już w domu, masz ochotę iść spać, ale biegniesz uściskać telewizor. Zostajesz odciągnięty. Rodzice będą jedli obiad. Babcia zrobiła. Może pozwolą Ci zobaczyć wieczorenkę. Nic prawie nie jadłeś w przedszkolu, więc wsuwasz obiad. Część z tego, co chciałbyś zjeść pożera Twoje rodzeństwo. Zostajesz z ochłapami. Rodzice chcą odpocząć i oglądają filmy, które dzieci nudzą. Plączesz się babci pod nogami w kuchni, bo tylko ona z Tobą rozmawia. Rodzeństwo dokucza i zabiera zabawki. Rodzice ignorują nawet jak chcesz pokazać coś ważnego.

Idziesz spać. Zbyt późno jak na dziecko. Babcia organizuje kąpiel i każe się wysikać, choć już nie ma czym. I co? Tak na zawołanie? Kładziesz się na za niskiej antresoli, na materacu. Rodzeństwo dokazuje. Tobie nie chce się jeszcze spać. Potem śnią Ci się koszmary o okropnym bezdomnym, który przyjdzie, wsadzi Cię do wora i zabierze. Dokładnie tak, jak opowiadała babcia, kiedy ostatnio nie chciałeś jej słuchać.

A rano od nowa.

Niewiele się od tamtej pory zmieniło.

Nadal:

  1. Czas snu jest bardzo okrojony, a pobudka brutalna. (Motywacja do wstania też nijaka – patrz: perspektywa dnia w „przedszkolu”).
  2. Niemiłe niespodzianki zdarzają się w przeróżnych formach. Od braku biletomatu w autobusie, po mokrą podłogę przed salą wykładową. (Czasami ktoś robi Ci coś „zabawnego”).
  3. Kupne żarcie to zwykle rozczarowanie stulecia. Większości bez popity się nie wsunie. (Za drogie i przeważnie oszukane).
  4. Zajęcia w szkole/na studiach wyglądają jak rytmika (patrz wyżej). Liczy się bardziej to, co wchłoniesz na korkach. I dzięki temu się ma szanse.
  5. Ludzie nie potrafią się zachowywać, dzielić, współpracować. Za to świetnie idzie oszukiwanie i pozerstwo. Obrzydzają, dokuczają, stroją niemiłe żarty. Szturchają, straszą, obgadują i szkalują.
  6. Doniesienie na kogoś  powodu grubych oszustw jest naganne (w grupie społecznej jaką jest grupa dziekańska/klasa). Masz prawo być uczciwy, ale daleko na tym nie zajedziesz.
  7. Dobre serce jest karane (pożyczanie rzeczy, których się już nie zobaczy. pozwalanie na odpisywanie zadania. pozwalanie na ściąganie koledze). I się nie opłaca (ale jak nie pomożesz to jesteś najgorszy na świecie).
  8. Coś ci się nie uda – jesteś ośmieszany i poniżany. A zwłaszcza oceniany.
  9. W domu czasami jest co jeść. Od święta jest obiad, ale przeważnie tylko obowiązki.
  10. Rodzice odpoczywają i nadal nie bardzo zwracają na Ciebie uwagę. Tobie jednak nie wolno z nimi odpoczywać, bo od razu jest „Ty nic nie robisz całymi dniami”.
  11. Babcia jest jedyną osobą, która by gotowała. (Ale przez niedowład nie może).
  12. Idziesz spać zbyt późno, ale i tak czasami nie możesz zasnąć.
  13. Koszmary są niestety częste. Coraz gorsze. Najstraszniejsze chyba ze chwilowym bezdechem i niemożliwością ruchu.

I wiele innych… Podsumowując: robimy całe życie praktycznie to samo, w podobnych środowiskach, z podobnymi typami ludzi. Różni się tylko stopień rozwoju, na którym się jest.

tymcz

I tak do śmierci.

Prawda, że fajnie?

Zapisz

013 Powód wszelakich problemów

Powodem większości ludzkich problemów jest nieprawidłowe sprawowanie opieki nad własnymi zasobami. To znaczy nad tą jedyną rzeczą, która zawsze jest nasza. Którą plemiona od wieków przystrajają, bo to jedyna rzecz która naprawdę do nich należy i której nie mogą gdzieś zostawić przenosząc się z miejsca na miejsce całą grupą – to ludzkie ciało. To ich ciało. Człowiek, czy w to wierzy czy nie wierzy, otrzymał od Tego Tam Na Górze ciało. I nie zajmuje się nim odpowiednio.

Miałby jeszcze wymówkę, gdyby wokół panowała wojna, która niesie ze sobą brud, smród, trupy, wszy, pchły, głód, brak wody bieżącej i pitnej. Brak leków, ogromne ilości stresu i obrazy zdarzeń, których nie da się ‚od-widzieć’. Gdzieś na świecie ludzie tak mają. Jak nie konflikt z Rosją, to wojny międzyplemienne w Afryce albo okrutny reżim w państwie.

Jaką wymówkę masz Ty?

Naukowcy dowodzą, dietetycy radzą. Powstają najbardziej łopatologiczne programy telewizyjne na temat produktów żywieniowych. Jak chociażby „Wiem co jem, wiem co kupuję”, czy jak się to tam nazywa. Są sklepy bio, ze zdrową żywnością. W Ameryce farmy bez chemikaliów itp. Istnieją lekarstwa na dolegliwości, suplementy. Od mileniów stosuje się z powodzeniem zioła. W Chinach powstawały całe (działające!) filozofie lifestylowo-żywieniowe. Wystarczy przeczytać książkę ‚Tao Żywienia’. Powstaje niezliczona ilość diet.

A ja co: mam anemię, jestem blada jak ściana, mam problemy z trądzikiem, przez długie okresy w roku prawie nie sypiam. Nie stosuję się do żadnej diety, przez wiele lat unikałam ćwiczeń jak ognia, uciekałam się do comfort food.

Doprawdy nie mam pojęcia jakim cudem dobiłam  t y l k o  do 65 kilo na 165 cm wzrostu.

Pół roku temu zaczęłam regularnie ćwiczyć dwa razy w tygodniu, a zamiast cukru stosować syrop z agawy. Ograniczałam słodkości, nie łączyłam mięsa z ziemniakami, unikałam mąki pszennej, stosowałam odstępy między jedzeniem i piciem (20 minut). I ograniczyłam ilość spożywanego mięsa. W wyniku tego wszystkiego na 165 cm ważę 59 kilo.

Efektu jojo nie ma, ale to jeszcze półmetek.Chcę wrócić do swoich 52. Mieścić się będę w BMI (czy wspominałam, że BMI to jakaś głupota?). I czuć o wiele lepiej ze sobą.

Dzięki ćwiczeniom czuję się lepiej i jestem silniejsza.

Co z tego? I co z tego – pytam. Skoro robię sobie krzywdę w inny sposób? Pomińmy fakt, że zupełnie nie kontroluję jakie ilości danych substancji potrzebnych do odpowiedniego dbania o ciało spożywam. Ja prawie że nie sypiam. I to przez większość roku. Mój dzień nie ma rutyny pielęgnacyjnej. Jest tylko plan:

  1. Jakimś cudem zwlec się z łóżka.
  2. Przetrwać.
  3. Położyć się spać przed 02:00.

Trochę snu i kierat.

Brak snu poważnie wpływa na moje funkcjonowanie. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, czemu gdzieś postawiono szkaradny budynek – koszmar architektoniczny, to wiedzcie, że po studiach projektant stracił sporo ze swoich szarych komórek i jego mózg dobrze nie pracuje. Jak więc ma popełniać piękne, estetyczne, funkcjonalne realizacje, jeśli mózg mu nie działa?

Woman sleeps in the office during working hours

Ja już się absolutnie nie dziwię przejeżdżając Mogilskim. Widzę okropność zwaną Operą Krakowską, z której podoba mi się jedynie ustawiona przed wejściem rzeźba Mitoraja.

Jakoś funkcjonuję – tak mi się wydaje. Wstaję, piję dwie kawy, jem śniadanie jak mam czas… studia, studia, studia, rzeczy na studia. Czasami zapominam zjeść coś na obiad i napycham się na kolację – co jest złe. Energiser, gdy jest naprawdę źle. I wydaje mi się że działam, że przetrwam. Mimo zwątpienia w samą siebie od czasu do czau, ciągnę kierat z uporem wołu. W końcu jestem podwójna rogacizna (znak barana, rok kozy).

Prawda jest taka, że mój mózg nie pracuje odpowiednio. Jak sobie czegoś nie zapiszę, to zapomnę na śmierć. W dodatku zdarza się, że zapominam na śmierć, że i gdzie zapisuję sobie takie rzeczy. Funkcjonuję na granicy załamania nerwowego i efektów insomnii. Brakuje mi słów, idę gdzieś i nie wiem po co. Wylatują mi z głowy najbardziej proste, mechaniczne rzeczy.

Przysięgam, że udaje mi się zapomnieć, że miałam się iść wysikać i dopiero pęcherz mi przypomina i karze lecieć na złamanie karku. Celebrowałam dzień matki, ale zapomniałam sprawdzić kiedy jest dzień ojca i obudziłam się prawie miesiąc potem. Na szczęście nie przegapiłam… Ciągle zapominam że za kilka dni mój mężczyzna ma urodziny. Muszę sobie zapisać alarm w telefonie. Choć zdarza się, że wyłączam alarm bez patrzenia co jest napisane i zupełnie niezdziwiona brakiem dzwonienia w jakimkolwiek kościele, żyję sobie dalej.

To uczucie tracenia rozumu… kontroli nad sobą samym… I jeszcze jak sobie wyobrażę ile rzeczy mogłam zapomnieć, zaniedbać, zrobić źle… Ile rzeczy nie robię, a powinnam, żeby dbać o swoje ciało. Co ze mnie zostanie? Czy rozsypię się w wieku pięćdziesięciu lat na drobny mak? Podobno ludzkie ciało ma gwarancję do 40, a potem już tylko naprawy i części wymienne…

Jak żyć? Jak żyć…

Poszłabym spać, ale nie mogę.

012 Dzieło (2/2)

Piszę z odmętów przed-sesyjnej gorączki oddań. Oddałam dnia wczorajszego projekt biurowca, dostałam 4,5 i odetchnęłam z ulgą. To tylko nadwodna część góry lodowej. Góry stresu, zwątpienia, braku motywacji, przemęczenia, podejmowania się niemożliwego i deprawacji snu. Jestem wykończona i czuję się wydrenowana z jakiejkolwiek energii. A na jutro muszę skleić model…

the2bage2bof2badaline2bsoundtrackObejrzałam niedawno ponownie „Wiek Adaline„. To jeden z moich ulubionych filmów wszech czasów. Nazwałabym go nawet jednym z filmów mojego życia. Patrzyłam na przedstawienie życia głównej bohaterki. Rany.. gdybym mogła wchłonąć chociaż połowę tego spokoju, jaki cechował jej codzienność. Oczywiście fragment jej życia przedstawiony w filmie nie mógł być jednym z tych spokojnych i rutynowych. Nie opisuje się zwyczajności i normalności – nie przedstawia. Za zwyczaj się o niej wspomina, albo pokazuje krótki jej ułamek.

Widziałam kiedyś fragment „Wielkiej Ciszy„. Jeśli dobrze  pamiętam, jedyne słowa wypowiedziane tam były do kota. Film pokazywał życie zakonników. Podobno jest bardzo długi. Może, albo nawet na pewno, obejrzę go sobie kiedyś. Czasami mam właśnie taki nastrój, w którym byłabym w stanie obejrzeć coś tak… spokojnego. W niektóre dni byłaby to dla mnie nuda w najczystszej postaci. Na szczęście są i takie dni, kiedy jest odwrotnie.

17319_6Jedynym chyba filmem, który obejrzałam, którego akcja odbywała się w klasztorze było „Jasminum” Kolskiego. Piękny film. Ma w sobie ten faktor, który sprawia, że jakieś dzieło (film/książka/obraz) zasługują na przyrostek „mojego życia”.

(Jeśli ktoś jeszcze nie widział Janka z „Czterech Pancernych” z prosiakiem, to niech patrzy.)

Zastanawiałam się ostatnio przy okazji oglądania „Wieku Adalineczym jest ten zagadkowy faktor. Czy to jakaś esencja? Na przykład życia? Esencja, którą udało się uchwycić chociaż częściowo w jakimś dziele? Czy bardziej drobiazgowo można powiedzieć, że chodzi o jakieś życiowe prawdy? A może to dzieło ma przywracać wiarę (w człowieka), nadzieję (że wszystko będzie dobrze) i przypomina o tym co najważniesze (np. o prawdziwej naturze miłości (niekoniecznie romantycznej)).

Trudno powiedzieć.

Jakieś  pomysły?

Które filmy (mogą być książki) zasłużyły na Wasze miano „filmów życia”?

To na deser i na zachętę jeszcze Gustlik z kaczuszką 🙂

jasminum20fot20piotr20bjunowicz

012 Dzieło (1/2)

Miałam chyba dwadzieścia trzy lata i dawna przyjaciółka (jeszcze z dzieciństwa) zaprosiła mnie do siebie na imprezę, bo byłam akurat w Krakowie. To był wieczór, podczas którego nie wypiłam za dużo, nie zrobiłam niczego głupiego, nie ośmieszyłam się. Nie zdarzyło się na tej domówce nic szczególnego. No, może oprócz tego, że spełniłam takie swoje jedno, bardzo egoistyczne marzenie. Zagrałam w filmie. Co prawda nie było castingu, nie było świateł i nie było zdjęć. Zagrałam etiudę ze swojego życia, która nosiłaby tytuł ‚Triumfalny Powrót‚. To, że wszystko poszło tak gładko, sprawiło, że mam teraz wspomnienie, które długo nie wyblaknie.

Ubrałam nową sukienkę – niebieską, a nie w kolorze paryskiego olympia_bluebłękitu albo ultramaryny (ble!). Elegancką, ale casual. Cienkie rajstopy, fajne baleriny . Był to dobry dzień dla mojej figury, włosów cery i makijaż też mi wyszedł. Przyszłam na umówioną godzinę i oczywiście nikogo jeszcze nie było. Ale to dobrze, bo miałyśmy z moją byłą przyjaciółką czas trochę pogadać.

Kiedy zaczęli się schodzić inni goście miałam już podświadomy status prawie-gospodyni. Pomagałam przyjaciółce, ona przedstawiała mnie z takim namaszczeniem jakbym co najmniej wylazła z grobu, otrzepała się, poszła do sklepu i kosmetyczki po czym wpadła na chwilkę na jej skromne przyjęcie. Na pewno wyszło tak przez przypadek, ale obserwowane przeze mnie reakcje bawiły mnie, interesowały i dodawały pewności siebie której często mi brakuje.

91984-1gnijc485ca-panna-mc582oda-tim-burton-corpse-bride-thelksinoe006_corpse_bride_hr_09_-_960

Siostry przyjaciółki stwierdziły, że świetnie wyglądam i przypominam im Keirę Knightley, co by się broniło, gdyby nie partie klatki piersiowej. Przepraszam bardzo, ale jeśli chodzi o to, to ja i Keira jesteśmy niebo a ziemia. O różnicach mogłabym się rozpisać, ale po co. Może chodziło o kolor włosów i uczesanie?… Czort wie. Słyszałam ju o Natalie Portman albo Kirsten Stewart, ale Keira?… Do głowy by mi nie przyszło.

keiraknightley-3    10natalie20portman-2

bella-swan-nm-bella-tris-37125048-300-429

Nikt by mnie z nimi w życiu nie pomylił. Ja też siebie w nich nie widzę. Gdyby chociaż wszystkie miały ten sam typ twarzy! (tak, coś takiego jak typ twarzy istnieje na pewno).

Jedyne co je (chyba) łączy to  podobne kolory włosów i oczu. Ewentualnie coś może być na rzeczy, jeśli chodzi o kości policzkowe, ale jakoś mi się nie wydaje.

Może jednak tylko ta fryzura wtedy? Opadająca powieka? Nie wiem.

(zdjęcia dobrane pod kątem ewentualnego podobieństwa, gdyby ktoś się miał już zapierać zadnimi łapami, ale ja w to podobieństwo raczej nie wierzę)

W trakcie imprezy zdążyłam pogadać z dawnym kolegą z klasy, który wyraził żywą chęć spotkania mnie następnym razem jak będę w Krakowie (?). Może był w szoku widząc różnicę między molem książkowym przyspawanym do ściany, jakiego znał a pewną siebie odsztafirowaną babką, jaką zobaczył na imprezie. Czort go wie… również.

Potem lekko wstawiona przez jakieś dwie godziny dyskutowałam z pewnym gościem na temat tego co jest sztuką, a co nie. Co można uznać za dzieło 02malewiczczarnykwadratsztuki, a czego nie. Dla przykładu taki Czarny Kwadrat  albo tyłek odbity na ścianie w hotelu (przez Salvadore Dalego) nie. Ani trochę. Za to okres niebieski Picassa albo Mona Lisa da Vinci’eago i owszem.

Brylowałam w towarzystwie, a potwierdzeniem mojego statusu prawie-gospodarza było to, że miałam zostać na noc i żegnałam się z wszystkimi sama zostając w mieszkaniu. Mój egoizm był najedzony. Moje ego urosło do rozmiarów gargantuicznych, a ja zasnęłam z uśmiechem na twarzy. Następnego dnia obudziłam się o przyzwoitej porze bez śladów kaca i wybrałam do domu.

mv5bmzkxnda2nja4nl5bml5banbnxkftztgwodqymzqznte-_v1_cr059640360_al_ux477_cr00477268_al_To wszystko przypomniało mi się gdy oglądałam sceny z przyjęcia noworocznego w ‚Wieku Adaline‚. Ale o samym filmie może kiedy indziej.

Zapisz