010 Dziwny przełom

Na tym po części polega totalne zaskoczenie, że coś nagle pojawia się nie wiadomo skąd. Właśnie w ten sposób objawiło się zdanie odblokowujące w pewnym stopniu skobel furtki Motywacji. Pchnęła ją na pół metra i twierdzi, że ma za gruby tyłek, żeby się przecisnąć, ale jak pociągnę i otworzę szerzej to się zobaczy. Ale szybko, bo bez niej tylko panika, zniechęcenie, marazm i apokalipsa.

Zgodziłam się w milczeniu kiwając głową i szarpnęłam.

Ani, draństwo, drgnie.

Może potem. Na razie będę się napawać sukcesem pięćdziesięciu centymetrów. Przecież to już coś!

„Pięćdziesiąt to więcej niż czterdzieści dziewięć, a mniej niż pięćdziesiąt jeden.”

-Paulo Coelho (xD)

Moim przełomowym zdaniem motywującym, które do mnie dotarło jest „To dla niego, nie dla mnie„. Dziwne, bo w sumie te studia i ten dyplom są bardziej dla mnie niż dla niego. Jeśli jednak o mnie chodzi, to w tej chwili mogłabym wysłać wypowiedzenie, wyjechać gdzieś daleko, zatrudnić się w sklepie i robić tylko dwie rzeczy. Czytać książki i pracować. A właściwie trzy: czytać, pisać, pracować. Cztery, jeśli wezmę pod uwagę moją ulubioną czynność wszech czasów: spanie. 😀

Mam jednak inne plany i zawierają one mężczyznę, którego kocham. Nie chodzi tu jednak o kasę. Okej, zarabiać będę więcej niż ekspedientka, będzie więcej na dom i na studia dla dzieci. Ale to nie jest najważniejsze. Przecież mój A zasadza się właśnie na pracę, która spokojnie pozwala utrzymać niepracującą żonę z nawet trójką dzieci (jeśli owa żona okaże się gospodarna i nie będzie się lubować w Pradzie czy innych Calvinach…). No może dwójką. Przezorny ubezpieczony xD. Chodzi o to, że nigdy nie wiadomo, co się w życiu przydarzy. Co jeśli mój A (<biegam po domu w poszukiwaniu malowanego drewna i stukam w nie głośno – tak o drugiej w nocy>) coś sobie na służbie w pracy zrobi i będę musiała podjąć pracę. I to taką, która zapewni mi bezpieczeństwo psychiczne…

Poza tym jakąś pozycję w związku trzeba mieć. Zasługiwać na szacunek drugiej osoby. No dobra – to ja potrzebuję mieć wrażenie, że jestem godna jego szacunku.

Z jakiegoś powodu „Robię to dla siebie„, „Nikt mi tego nie odbierze„, „Kasa, kasa, kasa!” ani „Ucz się ucz – wiedza do potęgi klucz” nie pomagają. Pomaga za to „Robię to dla niego. Dla nas„.

Przynajmniej na razie.

Idę już spać. Pojutrze (a w zasadzie jutro) oddanie projektu. Muszę jakoś przytomnie się tym zająć.

Pozdrawiam 🙂

Reklamy

009 Forever alone

Powietrze z domieszką smogu pachniało piwem i papierosami różnych ‚smaków’. Mieszały się w nim damskie i męskie perfumy, i  ledwo odczuwalna woń kojarząca się z zapachem ziemi. Rozwieszone gdzieniegdzie lampy nieregularnym blaskiem oświetlały ogródek jednej z Krakowskich knajp. Było tego wieczoru dość ciepło, ale od czasu do czasu przemykał lekki podmuch wiatru. Muskał policzki, ramiona i bawił się końcówkami rozpuszczonych włosów. Na ogrodowym stoliku o mosiężnej nodze i drewnianym blacie stały dwa prawie dopite piwa. Leżała1086163 paczka Black Devili i nasze łokcie.

Siedziałyśmy tam już jakąś chwilę, co można by poznać chociażby po tym, że dotarłyśmy do połowy paczki, którą kupiłyśmy przed samym przyjściem i do mniej niż połowy trunku. Rozmawiałyśmy o tym co u nas. Co w naszych życiach się zmieniło od naszego ostatniego spotkania. To było rok temu? Tak szybko ten czas leci? Tak. Mniej więcej.

Ona opowiadała o sercowych wzlotach i upadkach. O ostatnim chłopaku, którego prawdopodobnie niedługo rzuci, bo czuje, że to nie to. Ja wspominam o planach moich i A, tłumaczę bliżej czemu mam taki problem ze studiami. Ona przerwała studia już jakieś dwa razy z powodu depresji i z powodów zdrowotnych.

Rozumie.

Czuję, że mogłabym jej powiedzieć wszystko. Uciekam się do wisielczego humoru, staram się ją rozśmieszać. Kiedyś tak dobrze się dogadywałyśmy… Przez sześć lat podstawówki byłyśmy praktycznie nierozłączne. Potem poszłyśmy do różnych gimnazjów i wszystko się jakoś rozjechało. Zaczęła się zadawać bardziej z naszą koleżanką, która wszędzie za nami chodziła. Zupełnie jakby chciała należeć do jakiegoś tajnego stowarzyszenia i myślała, że dostanie członkostwo przez zasiedzenie. Nie znosiła mnie, bo nie została nigdy naprawdę zaproszona do ‚klubu’. W gimnazjum dostała to co chciała. Obie zaczęły imprezować i palić. Dwie dziewczyny, które zawsze miały najlepsze oceny w klasie trafiły (pewnie nie naraz) na zakręty życia i jakoś je wywiozło. Okazało się, że z nas trzech, tylko ja się jeszcze jakoś trzymam oświetlonej ścieżki.

Moja przyjaciółka mimo wielu przeciwieństw losu starała się nie poddawać i raz po raz ponownie wsiadała na koń.

Po gimnazjum spotkałyśmy się kilka razy co kilka miesięcy, ale nie gadałyśmy pomiędzy. A próbowałam. Pisałam, starałam się ją gdzieś wyciągnąć, pytałam co u niej i tak dalej. Zawsze twierdziła, że musi już iść.

Chyba kłamała, kiedy mówiła, że mogę pisać do niej o każdej porze. A ja powinnam się była domyśleć, że to tylko taka formułka, bo ona ustawicznie gubi telefony komórkowe.

W życiu miałam trzy naprawdę bliskie, wieloletnie przyjaciółki. Pierwsza mnie olewa, druga okazała się straszną mitomanką, a trzecia… z tą czasem gadam. Jako, że jestem introwertyczką, nie jest to dla mnie coś dziwnego. Wolę jedną prawdziwą przyjaciółkę od tłumu bździągw. Jestem osobą szczerą w kontaktach i mówię co myślę.

Czasami jednak żałuję, że nie mam tego pierwiastka towarzyskości, który pomagałby w zdobywaniu i utrzymywaniu wielu przyjaciół. Nie nawiązuję kontaktów łatwo i nie lubię się narzucać. Jestem bardzo zła w narzucaniu się.

Jak raz chciałabym mieć teraz kogoś w moim mieście, na kogo wycieraczce mogłabym stanąć w sobotni wieczór z dwoma butelkami wina i powiedzieć co mnie gryzie. Powtórzyć  kilka razy, dostać kilka rad i kilka z nich odrzucić. Wysłuchać drugiej osoby i coś poradzić. Pijąc kolejną lampkę wina usiłować rozśmieszyć tą osobę do rozpuku. Wyjść nad ranem i potem spać spokojnie do południa.

Ale tak nie będzie. Boję się też z kimkolwiek znowu zaprzyjaźniać. Przecież wkrótce wyjadę za granicę na stałe. Dlaczego mam poznawać następną osobę za którą będę tęsknić? Której obojętność będzie mi sprawiała przykrość za każdym razem, kiedy spostuje zdjęcie na Facebooku?

Bez sensu, prawda?

008 Death is not an excuse

Nie było mnie jakiś czas. Dobrze, że strona nosi podtytuł „prawie dziennik”. Inaczej nie byłabym kryta xD Nie żebym twierdziła, że pisanie tego bloga to praca albo coś z czego powinnam się wywiązywać. Po prostu nie przepadam za brakiem konsekwencji. Zwłaszcza u siebie. Czasem jednak mam z tym problem. To nie pierwsza moja próba wyrażania myśli w formie dziennika (albo czegoś dziennikopodobnego) dlatego wiedziałam, że nie ma szans, żebym pisała codziennie. Zwłaszcza przy moich studiach.

Odkąd dowiedziałam się o tym, że ludzie piszą dzienniki i nauczyłam się pisać, starałam się zacząć. Byłam na początku podstawówki i z całą pewnością siebie stwierdziłam, że jak się coś zaczyna robić, to powinno się od początku. Na przykład roku. Bo gdybym zaczęła od marca, to brakowałoby mi lutego i stycznia. Trzy razy zaczynałam pamiętnik pierwszego stycznia. Nigdy nie wytrwałam dłużej niż miesiąc.

image-1439133037lp84cByłam i nadal jestem zawalona robotą. Od czasu do czasu wpada mi do głowy coś, co chciałabym tu napisać, ale nie prowadzę notatnika (Bóg jeden wie ile razy próbowałam – ach, ta konsekwencja…). Może po oddaniu projektowania jakoś się ogarnę.

Z newsów ostatnich tygodni:

  • przestałam jęczeć, że nie nadaję się na te studia i nie wyrabiam. Moje projekty są o wiele lepsze, niż to co widziałam na ostatnich przeglądach z projektowania.
  • teraz jęczę, że moje zdrowie jest beznadziejne. Anemia nie pomaga. Mogę siedzieć do trzeciej nad ranem, ale choć trochę dłużej i jestem nieżywa. (Chyba się starzeję… Dawniej to zrywałam po dwie nocki naraz…).
  • ciągle chce mi się spać. Ciągle i nieprzerwanie. Jak wszystko pozdaję to będę spać przez tydzień. (Moi rodzice powiedzieli, że też mieli takie plany po zdaniu inżyniera, ale skończyło się na dzikich baletach w knajpie i rzece alkoholu. Śmieją się ze mnie.)
  • Mój mężczyzna przyjechał ze wsparciem. Jako, że się próbował ostatnio przekwalifikować, ma lukę między tą a następną pracą. Przyjechał więc na dwa tygodnie, a ja go wykorzystuję do sprzątania w kuchni, gotowania i klejenia makiety. Mówi, że chce pomóc, ale ja wiem, że ma już dość. Ustawicznie mu dziękuję.

Bez mojego A, popadłabym pewnie w sesyjną depresję i byłoby ze mną krucho. I jak tu trzymać się przy facecie wersji, że ja go nie potrzebuję, tylko chcę? Podobno tak trzeba. Nie jestem do końca pewna czemu.

Czarne myśli przychodzą nocą. Wdzierają się do pokoju przez obowiązkowe szczeliny w otworach okiennych. Powoli przemieszczają po kątach ścian i stropu umykając przed snopami światła reflektorów zaglądających przez szyby. Podpełzają obszerne, choć niematerialne. Wysuwają cienkie, pajęcze odnóża i usiłują przeniknąć do głowy. Często ich misja kończy się sukcesem. Wtedy pozostaje bezsenność, płacz albo koszmary.

Zapytałam starszych od siebie, czy to się kiedyś skończy. Dowiedziałam się, że prawdopodobniej przy demencji bywa lżej. Człowiek nie zawsze pamięta. Jak w piosence Kabaretu Starszych Panów – „Wesołe jest życie staruszka…”.

Babci to raczej nie pomaga. Co jakiś czas zdarzają się epizody depresyjne i muszę ją przekonywać, że nie jest tak źle. Jak kogoś skutecznie przekonać, jeśli samemu nie jest się przekonanym?

Czy dlatego właśnie ludzie się okłamują?…

007 Zgłoś się

Chorobą dwudziestego pierwszego wieku nie jest telewizja ani Internet. To nie są gry komputerowe ani sam komputer. Media, które pomagają w komunikacji nie są przeszkodą ani epidemią. „Kultura Obrazkowa” lub też „Pokolenie Obrazkowe” to jedynie określenia na postęp w komunikacji. Słowo pisane na fotografię tak jak hieroglify na pismo.

Postęp.

Jakiś socjolog mógłby teraz unieść brwi znad hipsterskich oprawek do okularów i uśmiechnąć się uśmiechem „Ja cię zaraz nauczę życia”. Opowiedziałby mi o cyklach rozwojów cywilizacji i dowodził, że to coś jak sinusoida.

Wielkie mi co. Już dawno zauważono to w wielu sferach życia. Ktoś widział kiedyś koniec sinusoidy?

Chorobą dwudziestego pierwszego wieku (jak i dziesiątek lat wcześniej na wielu odcinkach sinusoidy) jest lekceważenie. To traktowanie kogoś lub czegoś pogardliwie, bez szacunku, większego zainteresowania. Ignorowanie. Nie chcę się tu rozpisywać o okazywaniu drugiej osobie szacunku. Powiem w tej sprawie tylko tyle: uważam, że każdy powinien traktować drugą osobę z kredytem szacunku dopóki całkowicie i nieodwołalnie się nie skompromituje. Należy dawać drugie szanse, należy się komunikować i należy odnosić z szacunkiem choć w środku ma się ochotę machnąć ręką.

Ludzie lekceważą innych ludzi, ich prawa człowieka, ich zdanie. Potrafią wszystko mieć za nic i wszystkiemu odebrać wartość. Smutne. Ale nie o to mi jeszcze chodzi.

Jako ludzie lekceważymy podstawy znane od prawieków. Zasady, które powstały nie bez przyczyny. Niszczymy w ten sposób komunikację. Nie obrazkami, nie filmami, nie podawaniem obrazów na tacy. Niszczymy ją lekceważeniem zasad kontaktów międzyludzkich. Często nie wiemy  jak się zachować, bo to czego uczyli nas w podstawówce to kropla w morzu. Nie stosujemy jasnych zasad, które rzucałyby światło na niedomówienia. Tworzymy nieporozumienia, toniemy w nich i nikt nie słyszy naszego krzyku, lub go po prostu lekceważy.

Dla przykładu: kiedyś istniało coś jak etykieta. Każde dziecko było uczone pewnych zachować względem pewnych grup ludzi. Że to rodziców należy się zwracać z szacunkiem, ich wola jest nad wolą dziecka dopóki ono nie wyjdzie z domu lub nie dorośnie. A nawet wtedy rady rodzicieli były brane pod uwagę. Dziękowano za nie zamiast się wykłócać. W osiemnastowiecznej Anglii były specjalne zasady dotyczące kontaktów między ludźmi. Między absztyfikantem a damą. Między gentelmenami. Między damami. Wiadomo było, że to głowa rodziny przedstawia się gentelmenowi, jeśli chce nawiązać z nim znajomość. Dopiero wtedy jego żona i córki mogą mu również zostać przedstawione. Zostawianie bilecików, formy powitań, dyganie, sposób zaproszenia do tańca, zapraszania na obiad, czas odwiedzin w ciągu dnia.

Ludzie mieli i znali zasady. Nie były rozmytą plamą. Nie trzeba było specjalnie zgadywać czy ktoś się obrazi przez pewien sposób poufałości. Mnóstwo zasad rzucających światło na komunikację. Lawirowanie wśród nich, korzystanie z nich to była prawdziwa sztuka wymagająca inteligencji i zdradzająca wiele o danej osobie. Wtedy też (i to nie przez brak filmów i Internetu) zwracano o wiele więcej uwagi na mowę ciała. Nadal była ważna. Teraz tworzy się niezliczone egzemplarze książek na ten temat. Część z nich przeczy sobie na wzajem a część powtarza bezużyteczne wskazówki. Tylko ktoś kto naprawę trenuje potrafiłby cały czas ich wyglądać i je dostrzegać. Niedługo wszyscy będziemy potrzebowali poligrafów, żeby stwierdzić czy ktoś mówi prawdę.

Boję się, że niedługo już nic nie będzie jasne.

Dlatego chciałabym się zwrócić z apelem do kogokolwiek kto czyta: NAPISZ DO MNIE. W ramach ćwiczenia komunikacji, bo ciekawie będzie kogoś poznać, bo Internet łączy nie dzieli. Do wyboru do koloru.

CZEKAM 🙂

006 Nie dam rady

Nie mam siły. Jestem stale wykończona. Powieki ciążą mi jakby powieszono na nich odważniki. Pod powiekami piasek. Co chwila coś drażni jedno z moich oczu. Nie mogę ich zamknąć. Muszę pracować. Zwłaszcza na komputerze. Krople niewiele pomagają. Do końca tych studiów chyba oślepnę…

Bolą mnie wszystkie mięśnie. Od treningu i od przebywania w jednej pozycji. Rano budzę się ze ścierpniętymi nogami i rękami. Czuję się ciężka jak worek mąki.

Przez to wszystko wstawanie rano o rozsądnej porze jest niemal niewykonalne. Do tego czasami w ogóle nie słyszę budzika.

Kawa ledwo pomaga. Uciekłam się do energiserów, choć wiem jakie są niezdrowe. Próbuję utrzymać skupienie nad tym co robię, ale to takie trudne.

Anemia nie pomaga.

Mój chłopak przylatuje na tydzień, żeby mnie jakoś odciążyć w domu, zająć się rzeczami, które przeszkadzają mi w robieniu projektów i nauce. Pomoże z makietą. Normalnie przez Boga zesłany…

Dwie siostry z jedenaściorga rodzeństwa mojej babci postanowiły ni z tego ni z owego nas odwiedzić i przyjeżdżają jutro. Nie mam czasu im usługiwać. Nie chcę, żeby mój A musiał to robić. Matka pewnie jak zawsze się wypnie. Znikąd pomocy.

Babcia po udarze, dwie starsze panie.. cały dom i zwierzęta…

Czy ktoś mi powie kiedy najęłam się do niewolniczej pracy? Dlaczego mam monopol? Dlaczego wszystko się kumuluje tuż przed sesją?

Mam dwie siostry, ale jedna prawie nad morzem studiuje dwa kierunki. Druga wczoraj o drugiej w nocy wdała się w karczemną awanturę z matką. Nie wiem o co poszło. Obudziły mnie. Nie chciałam się mieszać. Tak mało mam czasu na sen.

Znikąd pomocy.

No tak, jest A. Ale on po polsku średnio mówi. Z ciotkami za bardzo nie porozmawia. Może ugotować bolognese, nakryć do stołu, zrobić zakupy. I co? Mam go z tym wszystkim zostawić? Mam się nie przejmować?

Nie mogę.

Nie dam rady.

Wszystkie lata studiów mogą pójść na marne, bo w dzisiejszych czasach liczy się papier. Licencjat/inżynierka to nowa matura. Bez tego najniższa krajowa i spartańskie warunki. No gdyby jeszcze było w połowie tak sprawiedliwe…

Chcę tylko dobić do inżyniera i wyjechać.

Tylko tyle.

Aż tyle.

Czy to tak wiele?

005 Drugie szanse

Przez jakiś czas w moim życiu, obok rzeczy całkowicie normalnych i prozaicznych, rozwijał się przemysł kinowy. Box offices pękające w szwach, wielkie plakaty, trailery, premiery, gadżety. Szaleństwo na resorach. A ja w jakiś sposób brałam w tym wszystkim udział. Byłam konsumentem, który powinien dostać jakąś nagrodę za swój wkład w kinematografię xD Byłam na każdym niemal filmie. Od Kamienia Filozoficznego po Insygnia Śmierci, od Zmierzchu do Przed Świtem i tak dalej. Obejrzałam nawet wszystkich Władców Pierścieni. Również w kinie. Przeczytałam całą serię Harrego Pottera przed tym. I Zmierzch też.

W ogóle prawie zawsze czytam książki zanim obejrzę ekranizację. Tak było również z Dumą i Uprzedzeniem. Wersja z Kirą była spoko, ale nie mogła się równać z serialem z udziałem Colina Firth’a (best actor ever!).

Moje wrażenia na temat książek i ekranizacji były naprawdę rozmaite. Za pierwszym razem nie przepadałam za Władcą Pierścieni i jakoś nie zamierzałam go ponownie oglądać. Książki… Przeczytałam kiedyś Hobbita i dwa rozdziały Trylogii. Hobbit tak, Trylogia nie podeszła.

Harry. Książki mnie wciągały w miarę jak poprawiał się warsztat pisarski JK. Rowling. Do przeczytania pierwszej części musiałam się zmusić. Miałam wtedy jedenaście lat, ale nie takie rzeczy się pochłaniało. Ja pochłaniam książki od szóstego roku życia. Apetyt rósł w miarę jedzenia. Kolejne części czytałam ciurkiem z wypiekami, w pogardzie mając sen i zadania domowe.

Filmy… Pierwsza część Harrego Pottera była niesamowita, ale nie potrafiłam się pogodzić z niezgodnościami między książką a ekranizacją. I o co chodzi z wmuszaniem w film dla dzieci aktorów ciemnoskórych? Oprócz Cho Chang i Kingsleya nie pamiętam, żeby była jakakolwiek wzmianka o tym, że ktoś ma jakiekolwiek, dalekie korzenie z Afryki.. Nie żebym była rasistką, bo nie jestem. Po prostu widzę co robią media. To trochę jak pranie mózgu. W Harrym tego nie było, ale gdyby mogli, wcisnęli by parę gejów. Serio. Hollywood……

To nie był jedyny powód, dla którego musiałam się przyzwyczajać do filmów z tej serii. Zmieniano sceny, zmieniano kolejność, pomijano te na które się bardzo czekało po przeczytaniu książki i dokonywano wyborów, które były dla nastolatki niezrozumiałe. Nawet scenografia co jakiś czas kreowała ogromy pytajnik nad moją głową. Jak kafelki w Ministerstwie Magii…

Teraz rozumiem i wiem więcej, jestem w stanie wiele zrozumieć. Stąd te drugie szanse.

O ile książki były średniej jakości, to historia jakoś się broniła i przeczytałam Sagę Zmierzch. Podobały mi się imiona, sceneria i tak dalej. Obejrzałam pierwszą część i byłam zachwycona. Zwłaszcza ścieżka dźwiękowa przypadła mi do gustu. Kupiłam nawet płytę. Gorzej było gdy w miarę czytania części nie mogłam zrozumieć, dlaczego Bella nie szurnie Edwardem i nie zejdzie się z Jacobem. Serio. Gdybym była na jej miejscu, to bym się nie wahała. Od samego czytania byłam Team Jacob. Zdegustowały mnie materiały o castingach, promocjach filmów i amerykańskich premierach. O ile z Harrym to było ok, bo to dzieci przebierały się za czarodziejów i chciały żeby magia istniała, o tyle Zmierzch skupiał piszczące nastolatki. Nie kontrolujące swoich reakcji jeszcze siusiumajtki, które na widok Edwarda albo Jacoba nie posiadały się z radości i w przenośni w te majtki sikały. Okropne. Czy one nie mają żadnej godności? I w ogóle co sobie wyobrażają? I gdzie są ich rodzice?

Miłość na ekranie.

Aragorn i Arvena – piękna, bajkowa, baśniowa miłość. Eowina (tak się to pisze?) wzdychająca do Aragorna – klasyk. Harry i Cho? Szkolne zauroczenie. Ron i Lavander? Dziecinada. Ron i Hermiona? No, ok. Harry i Ginny? Z dupy – za przeproszeniem. Gdzie miejsce na love story? Już Lupin i Tonks są lepsi, a o nich prawie nic nie ma. To Snape i Lily mieli już bardziej dramatyczną historię. A Lily i James? Sklęsłe coś. Bella i Edward? Epic and dangerous. Bella i Jacob? Niewykorzystana szansa. Jacob i Renesme? Are you kidding me?

Pomińmy to i przejdźmy do sedna.

Drugie szanse.

Obejrzałam niezliczoną ilość razy Władców Pierścieni i oprócz scenografii i efektów specjalnych, nie ma tam dla mnie nic ciekawego. Książek też nie przeczytam. Za to uwielbiam Hobbita. I książkę i film, choć go rozwlekli dla kasy (money, money, money…).

Moje młodsze rodzeństwo ciągle włączało sobie Harrego. Moja dwudziestodwuletnia siostra nadal słucha audiobooków. Przeczytałam książki po dwa razy i mi wystarczy. Przymykam nawet oko na Kamień Filozoficzny. Nie dziwię się, że z początku nikt go nie chciał wydać… Filmy – z nimi lepiej. Dużo więcej rozumiem i wiem. Oglądając kolejny i kolejny raz pojęłam pewne mechanizmy przy kręceniu takich rzeczy i jest dużo lepiej.

Ostatnio obejrzałam ponownie sagę Zmierzch. Chciałam spojrzeć na to wszystko po latach, inaczej i zrozumieć o co było wtedy tyle szumu. Czy filmy rzeczywiście były ok? Czy może raczej dziwne – jakimi je zapamiętałam. Oprócz pierwszego. Pierwszy był zrobiony dobrze. To się widziało od pierwszego obejrzenia. Zmiana reżysera była głupotą, ale cóż. Kobiety nigdy jakoś nie potrafiły się wybić wśród tego całego testosteronu reżyserii.

Obejrzałam i powiem szczerze (możecie mi wierzyć lub nie) zmieniłam Team Jacob na Team Edward. Choć osobiście prędzej schrupałabym Jacoba (nie mówcie mojemu A.). Miłość między Edwardem i Bellą okazała się być wystarczająco wiarygodna. Szkoda, że większość to jak przepisanie eventów z serialu Roswell. Na serio. Nawet to całe ratowanie głównej bohaterki i ciąża (chociaż ta akurat nie należała do głównej bohaterki). Jakoś przestałam się tym przejmować, kiedy wyobraziłam sobie czego ta cała historia (saga Zmierzch) może być metaforą w życiu codziennym Amerykanów. Nie idźcie tą drogą. Nawet sobie nie wyobrażajcie. Nie chcę, żebyście złapali doła jak ja 😛

Czy ktoś oprócz mnie ma jakieś spostrzeżenia na temat tych hitów kasowych kinematografii? Ktoś? Coś? Jestem bardzo ciekawa 😉

004 Nie fair

„Zmartwychwstałam” dzisiaj około ósmej. Później niż zamierzałam. Mój mężczyzna zadzwonił do mnie o szóstej, żebym na pewno nie zaspała. Potrafię być naprawdę przekonująca, kiedy chcę, żeby ktoś się ode mnie odpimpał i pozwolił mi dalej spać. A jak trzeźwo brzmiałam! Przypływ weny niebywały. Łyknął.

Wiem, że nieładnie tak cyganić, ale to silniejsze ode mnie. Nikt nie kocha spać bardziej niż ja. Zwłaszcza jeśli mam tylko dwie i pół godziny po pracowitej „nocce”. Dlatego doprawdy nie mam pojęcia co mnie opętało, żeby wybierać się na takie studia jak architektura? Czy ktoś ma może jakiś zmieniacz czasu?

Ktoś?

Coś?

Nawet maszyny do podróży w czasie?

Nic?

Szkoda.

Interesuję się architekturą, lubię to robić, ale moje zdrowie się stanowczo buntuje. I nerwy. No, i nieludzkie wymagania. To jest zawód, który został zamieniony w styl życia. Człowiek jest torturowany nawałem obowiązków. I nie chodzi tylko o pracę zawodową. Nie wiem co jest gorsze. Ona czy studia.

Bo poprzeczka jest podnoszona. Kilka projektów na semestr. Wszystko trzeba fizycznie zrobić. Do tego jeszcze egzaminy teoretyczne. Można się pociąć. I więcej, i więcej… A to dlatego, że studenci jakimś „cudem” stają na wysokości zadania.

Część studentów.

I nie cudem, tylko oszustwem.

Dlatego najprawdopodobniej mnie się nie uda. Bo nie oszukuję. A co co oszukują.. kupują projekty, pokazują czyjeś, ściągają… No, w piekle to już pewnie mają rezerwację 😛

Zmęczona jestem. Nie mam siły. Czasami zastanawiam się po co to wszystko.

Po co cokolwiek.

003 Nie dla mnie

/16.20/

Wyszłam na moment ze swojej projektowej jaskini zwanej moim pokojem. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, a może po prostu przypomniałam, że słońce dziś w Krakowie świeci jak opętane. Jak mogłam o tym w ogóle zapomnieć?

Aha – projektowanie.

Jutro przegląd. Siedzę nad AutoCAD-em, z wyglądu przypominam zombie. Rozczochrany włos, sińce pod oczami, ból w rękach. Siedzę na łóżku wsparta na poduszkach, bo inaczej się nie da. Mój kręgosłup i tak ma spore obciążenie. [Mężczyźni niech ominą ten fragment] I nie chodzi o sadełko. Sadełka już właściwie się pozbyłam. Została mała oponka i trochę tłuszczyku na udach. W BMI się mieszczę. BMI to bzdura, ale się mieszczę. Gorzej, że jakbym nie ćwiczyła, mój biust nie chce zejść z miseczki G ani o oczko. Przy takim rozmiarze i obwodzie 65 staniki mogę kupować tylko w specjalnych sklepach i w internecie. Utrapienie. [/Mężczyźni niech ominą ten fragment]

Słońce.

Dzisiaj właśnie fajnie byłoby spędzić czas w parku, nad jeziorem, a nawet w górach. Dziwne. Nigdy wcześniej tak nie miałam. W szkole na lekcjach podczas słonecznej pogody nigdy nie patrzyłam w okno myśląc ‚wyszłabym na zewnątrz, takie piękne słońce’. Nie wpadło mi to do głowy, dopóki nie przeczytałam tego w jakiejś książce. Już nawet nie pamiętam jakiej. Ale nawet potem, kiedy patrząc w okno klasy (za oknem był rzeczywiście park), myślałam ‚Powinnam teraz chcieć po prostu spędzać czas na zewnątrz. Uch, wolałabym usiąść w domu, włączyć film i zjeść pół kubełka lodów. Waniliowych’.

Dziwna jestem, co?

Dzisiaj czeka mnie nocka. Będę pracować na jutrzejszy przegląd. To chyba niedobrze, że już jestem taka zmęczona.

Znów zostałam sama z babcią. Oby obyło się bez atrakcji…

002 Żeby nie było za dobrze

dobrze jak nie za dobrze
a nawet dobrze
nie za mądrze
nie zaszkodzi niepolepszenie
jak tylko można wytrzymać
na głupi sposób swój

-‚Dobrze dobrze‚, Miron Białoszewski.

Dobrze jak nie za dobrze‚ – wkładają w usta Urszuli Cieplak scenopisarze. Kiedy to było… Kiedy patrzę wstecz czuję się jak dinozaur, a przecież ledwie w marcu wybiło ćwierćwiecze. Bóg był tak dobry, że była to druga połowa marca i mam zawziętość i upór godny wszelkiej rogacizny. Rocznik, według mądrego Dalekiego Wschodu, gwarantuje mi drugą parę rogów. Jestem więc baranem i kozą. I dobrze. Bo gdybym była rybą, mogłabym aż tyle nie wytrzymać z moją wrażliwością.

Dzisiaj jednak jest lepszy dzień. Nie zadręczam się wiekiem. Koncentruje na budownictwie, bo mogę. Mama została w domu, zrobiła rano sałatkę, upiekła racuchy, a poprzedniego dnia zrobiła sznycle. Muszę pójść i kazać komuś mnie uszczypnąć, bo te zjawiska to zakrawa na halucynacje. Przecież ona nigdy nie ma czasu ani siły.

Nigdy.

A może ją podmienili? Została porwana przez UFO i zwrócona z bardziej wydajnym oprogramowaniem. A może za pół roku znajdę w jej torebce metamfetaminę? Nie powinnam żartować z takich rzeczy. Mam tylko nadzieję, że cokolwiek się stało, to wszystko się utrzyma.

Dzięki mojej nadpobudliwej matce udało mi się poświęcić więcej czasu na studia. Problem pojawił się kiedy miałam już dość koło czwartej. Rzygałam wszystkimi tymi wentylacjami, pustakami, AutoCAD-em…  (Całą majówkę spędziłam nad tym programem. I spędzam od pół roku. Właściwie otwieram go codziennie.) Potem już wyciskałam z siebie co mogłam. Moim zdaniem za mało. Będzie mi jutro wstyd iść do korekty.

Właśnie. Jak to robi reszta mojego roku, że przynoszą czasem mniej niż ja i nawet im nie wstyd? O co w tym chodzi?

Spędziłam dzisiaj nieproporcjonalnie dużo czasu doprowadzając się do używalności rankiem. W trakcie dnia mama miała dla mnie z pozoru drobne zadania, które dały mi się we znaki. Tak to jest, jak się mieszka w domu w czasie studiów. Nie zawsze tak było. Wcześniej studiowałam w Poznaniu. Czy było łatwiej? Nikt nie gonił do porządków, ale jak się samemu nie poszło do sklepu, nie ugotowało, to się nie miało. Nieraz przez odkładanie zakupów na potem wyjadałam z lodówki stare serki topione ze suchym chlebem.

Nie polecam.

Chyba nie pójdę jutro na konsultacje…

Taki wstyd.

Napiszę coś pozytywnego. Nie potrzebuję się bardziej dołować.

Kiedy wydaje się, że wszystko jest bez sensu-

zawsze jest kotek.

Amen.

001 Miałam w sumie szczęście

Miałam w sumie szczęście wczoraj.

Obudziłam się przed dziesiątą, zjadłam śniadanie o którym przeważnie zapominam i wypiłam kawę. Przynajmniej do połowy, bo zaraz za szybą drzwi do mojego pokoju pojawił się znajomy cień. Nie wyższy niż metr pięćdziesiąt pięć, granatowy. To babcia w szlafroczku, z rozwianym włosem. Była u mnie wcześniej tego dnia żeby zameldować, że idzie posiedzieć w ogródku. Co prawda, to raczej taki spacerniak sześć na sześć otoczony siatką i wyłożony kamiennymi płytami. Ma za to huśtawkę, którą babcia ubóstwia. Siedzi sobie na niej jak mała, korpulentna sówka i odpycha się stopami od stołu. Za każdym razem towarzyszy jej nasz wierny pies. Bardzo jasny Golden Retriver imieniem Beza.

/11.00 am/

Tym razem nie chce niczego meldować. Żąda lekarstwa na rękę.

-Babciu, nie masz czegoś takiego jak lekarstwo na rękę.

-Mam! Przecież mama [twoja] mi daje! Zawsze mi daje! – zaczyna się trząść.

-Mama ci daje na serce albo na uspokojenie.

-Takie pomarańczowe! Długie!

-To na serce. To nowe.

-Na serce! Dałabyś mi, Agusiu?

Muszę stłumić w sobie dwa gwałtownie narastające uczucia. Pierwsze to strach. Co będzie, jak tak dalej pójdzie? Jak będę jej za każdym razem dawać te leki. Czy to nie za dużo? Czy może się jej coś stać? Przecież nie będę za każdym razem dzwonić z tym pytaniem do mamy. Drugie to gniew. Babcia często używa takiego tonu, że jestem prawie pewna, że bierze te lekarstwa z byle powodu. Może czasem tylko z nudy. Albo chce, żebym się nią zajęła, bo jej się samej tak przykrzy. Ja z nią nie siedzę, bo projektowanie, bo budownictwo. I właśnie zamiast się skupić, to codziennie jakieś atrakcje. W zeszłym tygodniu rodzice byli u znajomej w Anglii, a babcia jak zawsze gdy wyjeżdżają wybierała się do szpitala już kilkakrotnie. Odrywając wszystkich od zajęć, zmuszając ich do poświęcenia jej prawie połowy dnia, a i tak wszystko kończy się zanim ktokolwiek chwyci za telefon.

Bądź mądrzejsza – mówię sobie. – Będzie o wiele szybciej jak po prostu jej dasz.

To dałam.

Za pięć minut znowu cień i pukanie do drzwi.

-Agniesiu? A dasz mi lekarstwo, to moje, na serce?

-Dałam ci pięć minut temu, babciu – odpowiadam siląc się na grzeczny ton. Bóg mi świadkiem, jak często nie udaje mi się go zachować.

-Acha. Bo ja się tak źle czuję. Zmierzysz mi ciśnienie?

Godzina prawie dwunasta, a ja po raz drugi mierzę ciśnienie. Żeby babcia się ze mną nie wykłócała, musiałam zaproponować deal. Dam jej krople na uspokojenie i znowu zmierzę ciśnienie. Spadło, Bogu dzięki. Babcia nie jest jednak zadowolona. Ma być niższe. Mam jej dać to inne lekarstwo na uspokojenie i znowu zmierzyć ciśnienie. Miałam się nie zgodzić?

/~13.30/

W końcu ciśnienie babcię satysfakcjonuje. Gdy tylko zniknęłam ponownie w swoim pokoju (który mieści się na poziomie salonu z kuchnią), widzę jak cień rusza do boju. Babcia, która w międzyczasie dostała obiadek (bo musi być zawsze o pierwszej), niesie z salonu przez całą jadalnię talerz po drugim daniu. Potem słyszę jak nastawia wodę na herbatę (jest od niej po prostu uzależniona) i jak tłucze się naczyniami w zlewie.

Poszłabym jej przeszkodzić, włożyć je do zmywarki albo sama umyć. Co tam: projektowanie poczeka. Nie robię tego jednak z rozmysłem. Moja babcia, która do udaru była bardzo aktywną osobą, wprost nie posiada się z radości, kiedy ma na tyle siły, żeby coś w domu zrobić. Zwykle tylko opłukuje talerze i sztućce. Te mniejsze, bo ma niedowład w prawej ręce (i nodze).

Do oczu napływają mi łzy. Wzruszenia. Najsilniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek znałam, znękana chorobą, cieszy się tylko z tego, że włączy samodzielnie wodę i potrzyma pod nią kolejno kilka talerzy i sztućców. Muszę Wam kiedyś o niej więcej napisać. To bohater, nie człowiek. Taki bohater dnia codziennego. Aż serce mi się kraje kiedy ma momenty słabości i płacze, bo ręka niedomaga, bo serce ściska, bo nie może nam (ludziom w ciągłym pędzie – swojej rodzinie) ugotować chociaż obiadu. Wtedy nie potrafię się na nią złościć. Nawet jeśli następnego dnia mam ważny przegląd na uczelni. Siedzę z nią, przytulam mocno i próbuję przekonać, że wcale nie jest tak źle.

Tego dnia miałam szczęście. Obyło się bez płaczu, ataków paniki, przygotowywania teczek z historią choroby. Bez alarmowania rodziców, wujka i szukania numeru na pogotowie.

Około siedemnastej babcia zażądała kąpieli. Pomogłam się jej rozebrać, wejść do wanny, umyć plecy i włosy. Wenus z Willendorfu w aromatycznej kipieli opowiada sugestywne kawały i śmieje się do rozpuku. Na kolację dostała pyszne kanapeczki, wypiła Inkę i cały kubek herbaty. 

Niektórym za takie atrakcje płacą.

Mnie wystarczył dowcip o armatkach i ‚Kocham cię, Agniesiu.’

 

Mam nadzieję, że nikt źle nie odbierze mojego sposobu pisania. Chcę, żeby to co piszę było szczere. Jeśli brzmi dziwnie, to proszę więcej nie czytać. Po co się katować.

Pozdrawiam 😉