033 On the highway to Meltdown Town

 

Znaleziony obraz

Nogi ciężkie, ręce ciężkie, ciężka moja głowa. Ciężkie powieki, ciężki umysł, ciężka dusza. Poprzedniego dnia nastawiłam budzik na dziewiątą. Mimo wrażenia, że zaraz się rozchoruję i utknę w łóżku na tydzień, miałam zamiar wstać. Mimo, że to dzień wolny. Jaki wolny? Przecież studiuję architekturę. Trzeba wykorzystać dobrze każdy dzień, każdą godzinę, każdą minutę. Każdą sekundę.

Nie da się.

Wiem, bo od początku studiów próbuję, a do dyplomu zostało niecałe półtorej roku.

Znaleziony obraz

Dwie godziny później, zmuszam się do otwarcia oczu. Czuję napływające wyrzuty sumienia, które zbierają się wokół mojego łóżka. Wokół mnie. Wpełzają na materac i otaczają zwartym szykiem poduszkę. Przysiadają na niej jak wnerwiający rodzic, który zupełnie bez sensu próbuje obudzić cię w pierwszy dzień wakacji przed południem. (Co za potwór robi coś takiego? Chyba tylko człowiek, który nie potrafi powstrzymać swojej najgorszej strony od czynów zgoła sadystycznych). Serce przyspiesza, pompuje krew. Wreszcie próbuje się podnieść. Podciągam poduszki opierając je na wezgłowiu i siadam.

Nie mogę dłużej spać. Są rzeczy do zrobienia. Dzień do przeżycia. Życie do niemarnowania.

W zasadzie nie wiem, czemu wstałam i co dokładnie mnie ‚zmotywowało’. Wiem tylko, że jakimś cudem to zrobiłam. Po co?

Jest wiele ‚cosiów’.

Żaden nie wydaje się wystarczająco dobrym powodem. Czuję się tak, jakby jakiś olbrzym zanurzył mnie w zbiorniku z miodem. Okropnym miodem, którego konsystencji, zapachu ani smaku nigdy nie mogłam znieść. I mówi:

„Wcale nie jestem sadystą. Przecież masz tyle możliwości. Możesz przejeść swoją drogę na wolność. Proszę bardzo. Wcale nie jestem zły. Masz taaakie możliwości”.

Znaleziony obraz

-Kij ci w oko, olbrzymie – odpowiadam. – Możesz sobie czyścić sumienie pokrętnymi tłumaczeniami. Oboje wiemy, że jest czarniejsze od smoły.

Olbrzym milczy.

Znalezione obrazy dla zapytania giant from ender's game

Milczeniem głuchym. ‚Bez odbioru’. Pozostawił mnie sobie samej. Może się mu znudziłam? Może powinnam była usiłować wstać? Wierzgać nogami? Krzyczeć? Zabrać się za cholerny miód? A może płynąć?

A ja nikogo przecież nie potrzebuję – ja introwertyczka jakich mało. Ale też nie potrzeba aż ‚nikogo’. Potrzeba tylko jednego ramienia. Z przedramieniem i dłonią opatrzoną palcami. Z kciukiem przeciwstawnym. Żeby dało się mnie złapać za rękę.

Znalezione obrazy dla zapytania philosopher sculpture head

„Głupia babo – odzywa się z ciemności głos filozofa starożytności – sama ręka, bez człowieka na nic się nie zda. Nie poruszy się i nie pociągnie. Głupio jest myśleć tak minimalistycznie.” – Nie przedstawił się.

A ja nie chcę dużo. Wystarczy tyle, żeby miód nie zalewał już płuc. Żeby dało się zwyczajnie oddychać. Może wtedy oprę się na własnych ramionach i pomogę sama sobie.

Czekam na dłoń.

Potem o niej zapominam.

Rozglądam się za dłonią.

Moje oczy napotykają ciemność i pustkę.

Moje słowa odbijają się echem.

Wiem, że mam kogoś. Kogoś komu naprawdę zależy. To dlaczego ten ktoś, nie wystarcza? Dlaczego nie jest motywacją, która działa za każdym razem?

Chyba jestem zepsuta.

Znalezione obrazy dla zapytania broken music box

Jak pozytywka potrząśnięta brutalnie przez rozwydrzonego bachora.

Potrzebuję zegarmistrza. Ale czy on podoła?

Reklamy

032

WAGA I DIETA:

https://i2.wp.com/naukawpolsce.pap.pl/Data/Thumbs/_plugins/information/393517/MTAyNHg3Njg,12917837_12917781.jpg

63,4 kg

Tyle w temacie.

Trochę mnie już ta dieta znużyła. Ale zostały 4 dni a następna dieta po świętach. To konieczne, bo spędzając ‚vacations d’hiver’ w Szwajcarii na pewno pościć nie będę. I nie ma możliwości, żebym powstrzymała się od jedzenia Fondue albo Raclette. O, nie!

Nie mówiąc o tradycyjnych daniach Polskiej Wigilii Bożego Narodzenia. Będzie mnóstwo żarcie i powstrzymanie się od spróbowania wszystkich potraw graniczy z cudem.

Na dodatek planuję upiec ciasto marchewkowe z lukrem na Philadelphii <mniam>

SIŁY NA ZAMIARY CZY ZAMIARY NA SIŁY?

Miało być TAK:

https://i2.wp.com/ja.gram.pl/upl/blogi/965014/img_wpisy/2012_44/sprzatanie.jpg

A było TAK:

https://i0.wp.com/data.whicdn.com/images/190128872/superthumb.jpg

Udało mi się wyczyścić pędzle do makijażu, ale regał stoi jak stał. A może nawet jest bardziej zagracony. Posprzątałam dzisiaj w pokoju jako tako. Przybywa mój Książę Z Bajki i coś tam trzeba było zrobić. Przecież trza uchodzić za babkę co ma wszystko w małym palcu – do tańca i do różańca, nie? Zwłaszcza jeśli chce się pierścionka a potem obrączki xD Niestety mój artystyczny nieład uchodzi za bałagan. Trudno.

Znaleziony obraz

UPDATE:

https://i2.wp.com/www.tech-coffee.net/wp-content/uploads/2014/03/GboxUpdate-620x330.jpg

  • Nadal jestem zmęczona i codziennie marzę o gorącej kawie. Nigdy jej tak nie lubiłam, jak teraz kiedy nie wolno mi jej pić (dieta).
  • To o przyjaźni to nieaktualne. Gość miał chyba jakiś przebłysk, że dało się z nim pogadać jak z człowiekiem. Nie muszę się już nawet zastanawiać nad kwestią przyjaźni damsko-męskiej xD.
  • Mój Mężczyzna przyjeżdża na weekend ❤
  • Zastanawiam się czy nie mam przypadkiem Antefamafobii i Gelatofobii xD Nigdy się nad takimi rzeczami nie zastanawiałam, ale może..
  • Powinnam teraz się uczyć, ale oczywiście odwlekam. Jak przestać to robić?..

031 Ile to 68,9-64,7

  WAGA I DIETA:

https://i0.wp.com/smakuje.blox.pl/resource/Krewetki_po_wlosku_w_sosie_pomidorowym_z_chili_i_makaronem.jpg

4,2 kilo mniej!

W trzy tygodnie.

Przyznam, że słysząc ‚W 28 dni zrzucisz zdrowo 10 kilo bez efektu jojo’ wcale nie byłam sceptyczna. Moje nastawienie wyglądało raczej tak: spoko. Byle by co spadło. No i spadło w 21 dni ponad 4 kilo. Tylko, że skoro to idzie w takim tempie, to na koniec diety będzie ~6 kilo mniej. Nie 10.

Czy to źle?

Nie. Każdy organizm jest inny. Poza tym według książki mogę dodać sobie jeszcze tydzień. Osiem to i tak sporo.

Dodatkowym atutem przeprowadzenia tej 28-dniowej diety jest zmiana nawyków. Czuję, że wiele zasad żywienia podczas tej diety przeniosę na swoje codzienne. Zamierzam i tak:

  • Jeść w takim samym rytmie czasowym,
  • Nie doprowadzać do uczucia głodu,
  • Słodzić ksylitolem jeśli naprawdę trzeba,
  • Jeść makaron ryżowy zamiast pszennego czy też ciemnego,
  • Jeść ryż tylko dziki,
  • Przynajmniej raz w tygodniu zjeść rybę,
  • Nie jeść więcej niż 2 okienka czekolady dziennie (a to jeśli naprawdę przyciśnie),
  • Nadal regularnie ćwiczyć,
  • Ograniczać spożycie kawy do koniecznego minimum,
  • Zamiast czarnej herbaty pić owocową.

I wiele innych… Tak że nie będzie źle. Aczkolwiek planuję wtrąbić pizzę w pierwszy dzień po 35 dniach diety xD

PROJEKTY NA TEN TYDZIEŃ (TO DO LIST)

https://i1.wp.com/i.dobrzemieszkaj.pl/i/13/19/01/940/w-stylu-loft-minimalistyczny-pokoj-dla-6.jpg

Planuję drobne projekty mające na celu przybliżać mnie do porządku w moim otoczeniu. Będą brzmiały infantylnie i głupio, ale co poradzę. Jestem bałaganiarą dla reszty świata. Bo dla siebie samej to tak nie bardzo. Uważam, że chaos w moim pokoju wynika z nieestetycznego umiejscowienia rzeczy w odległości od strategicznego miejsca pod względem częstotliwości ich użytkowania. Czyli wszystko jest tam gdzie powinno, ale nikt mi nie wierzy. Postanowiłam jednak się postarać.

Będą to małe kroczki, z pozoru nic nie znaczące. Pewnie wiele osób popuka się w głowę i powie „Czemu po prostu nie sprzątniesz wszystkiego raz na zawsze i nie będziesz utrzymywać tego porządku?”. To niech sobie wtedy wyobrazi mnie robiącą ustami odgłos pierdzenia. I się uspokoi xD

Lista projektów na ten tydzień:

  1. Regał na przeciwko drzwi: starcie, zagospodarowanie, udekorowanie, pozbycie się niepotrzebnych rzeczy.
  2. Kosmetyki: zebranie w jednym miejscu, uporządkowanie, sprawdzenie dat przydatności (czyli ile od otwarcia miało być dobre i kiedy otworzyłam).
  3. Wyczyszczenie pierwszego setu pędzli do makijażu.

Niewielki krok dla ludzkości, ogromny dla Agnieszki.

Zdziwię się, jeśli mi się uda xD

UPDATE

https://encrypted-tbn3.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcRT3NlsVLyhPz7jnxbs6KyJPckhC0ZBKaNfa_40kC_DMpSUeM0H

Aktualnie ćwiczę silną wolę za pomocą diety. To działa.

Zaczął się nowy semestr i już jestem zmęczona.

Zdałam sobie sprawę, że dobrze wybrałam studia. Zarówno ze względu na pracę jak i na to, że to moja pasja. Druga po pisaniu.

Zastanawiam się, czy dwie osoby odmiennej płci po uszy zanurzone w swoich własnych związkach mogą być przyjaciółmi w sensie jak najbardziej platonicznym.

Jutro poniedziałek.

Nie cierpię poniedziałków xD

030 Ponad dwa kilo mniej

Fajny ten tytuł, prawda? Taki pozytywny i niosący nadzieję. A jaki prawdziwy <3!

Otóż od ponad tygodnia jestem na diecie przyspieszającej metabolizm. Najpierw byłam trochę sceptyczna. Okładka książki kojarzyła mi się z tymi pomagającymi schudnąć do bikini, jakimiś ‚cudownymi’ sposobami pachnącymi spoconą Florydą. Na szczęście trochę poczytałam i przejrzałam przepisy na dania. No, bo przygotowuje się dokładnie te dania, które są w książce i stosuje wymiennie według uznania. Oczywiście zależnie od fazy w diecie.

Przepisy są MEGA! Ja się nie mogę doczekać następnego posiłku, następnej przekąski… Pomiędzy nie jestem głodna. To jeden z ważnych punktów: nie doprowadzać się do uczucia głodu. Jem dokładnie odmierzone porcje tego co akurat jest w jadłospisie, który sobie robię na podstawie książki.

Już po pierwszych dwóch dniach straciłam trochę mniej niż pół kilo. Szaleństwo.

Moja Trenerka mówi, że to nie za szybko. Dwa kilo coś to jeszcze rozsądnie jak na tydzień. A dieta ma jeszcze trzy tygodnie. I jeśli chcę mogę zrobić dłużej.

Wcisnę tyłek w każdą kieckę na ślub siostry jaka mi się spodoba. (Pod warunkiem, że najpierw w ogóle zmieści mi się biust. Ktoś mi obiecywał że przy dietach, wraz z chudnięciem, maleją cycki. Gówno prawda. A taką miałam cichą nadzieję…)

Życie jest ostatnio trochę bardziej znośne (jeśli nie myśleć o polityce). Nowy semestr, tabula rasa, nowe początki. I jakaś taka przemiana wewnętrzna. Mam wrażenie, że jestem zupełnie inną osobą niż dwa miesiące temu. Czy to nie szalone?

Jutro nowy dzień i fajowe żarcie, które mnie odchudza. Czy może być fajniej?

Nawet cera mi się poprawiła. Podobno poprawi się stan moich włosów. Trenerka nazywa tą dietę detoksem dla mojej wątroby. To chyba dobrze 😉

Pełna pozytywnego myślenia – pierwszy raz od bardzo dawna. Czuję się jakbym wyszła z Mrocznej Puszczy (nawiązanie do Władcy Pierścieni xD) i zobaczyła słońce. Oby tak dalej.

Oby tak dalej…

https://i1.wp.com/images.lifeisgood.com/Womens-Life-is-Good-Floral-Simple-Sleep-Tank_45944_2_lg.png

029 Ustawa aborcyjna?

Znaleziony obraz

Długo zastanawiałam się, czy w ogóle poruszać ten temat. Przecież jest taki kontrowersyjny i w ogóle. No, ale tematem kontrowersyjnym nazywa się również kwestię obrzezania. A przecież oba te tematy różnią się w sposób bardzo zasadniczy. Jeden z nich to sprawa życia i śmierci, a drugi standardowej operacji wykonywanej w takich krajach jak USA czy Szwajcaria.

Poza tym kwestia obrzezania wydaje mi się łatwa do rozwiązania. Nie jestem Żydówką, w mojej rodzinie nie ma Żydów –> ergo: nie obrzezałabym swojego syna.

Proste.

A w Szwajcarii, wyobraźcie sobie, trzeba składać specjalny papier który mówi, że NIE wyrażam zgody na obrzezanie mojego dziecka. Czy to nie bareizm? Przecież powinno być odwrotnie. Powinno składać się podanie o taki zabieg.

A w ogóle to po co odcinać coś nowemu, zdrowemu życiu? Bóg stworzył nas w ten sposób. Wszystko w organizmie za coś odpowiada i do czegoś jest potrzebne. Podobno jak zoperujesz jajniki, to masz potem problemy z tarczycą. Podobno. Po kiego grzyba wycinać jeśli nie ma żadnego zagrożenia? Napletek to nie wyrostek robaczkowy, nie?

/Abstrahując od kwestii obrzezania małych chłopców… Nie byłabym w stanie być z obrzezanym facetem. Normalnie nie mogłabym. Uwierzycie, że są kobiety, które otwarcie mówią, że męski penis jest obrzydliwy jeśli nie dokonano obrzezania? OCB? OCB?!/

Moja przyjaciółka, z którą mogę pogadać o wszystkim spojrzała na mnie zdziwiona. ‚O czym ty mówisz?’ – zapytała. – ‚Przecież tyle się wrzeszczy o prawach człowieka i o prawie do decydowania o sobie i o swoim ciele. Te feministki od siedmiu boleści twierdzą, że mają prawo decydować, czy chcą zatrzymać już poczęte dziecko. Chcą decydować o sobie. Nie lepiej zostawić tą decyzję osobie, którą to najbardziej dotyczy? Dorośnie i uzna, że chce być obrzezany? Jego sprawa. Poza tym czy to nie jest jakieś inwazyjne? To na pewno zabieg a nie operacja?’

Zamilkłam. Nie byłam pewna co odpowiedzieć. W mojej głowie pojawił się tylko argument, który przedstawiają rodzice rocznego dziecka, któremu przekuli uszy. „Trzeba to zrobić jak dziecko jest jeszcze bardzo małe i potem nie będzie tego bólu pamiętać„. Moi rodzice nie przekuli mi uszu jak byłam dzieckiem. Pozwolili na to jak ich poprosiłam w wieku szesnastu lat. Uznali to za moją decyzję i od czasu do czasu dostaję od nich naprawdę ładne kolczyki na różne okazje.

Wzruszyłam tylko ramionami.

‚W sumie to logiczne.’ – przyznałam. – ‚Słyszałam jak ktoś się oburzał, że go we wczesnym dzieciństwie ochrzczono, a przecież to powinna być jego decyzja. Wolałby, żeby rodzice poczekali aż on sam będzie mógł o tym decydować. Bo teraz się okazuje, że on Kościołem gardzi i uważa  za obrzydliwość.’

‚A widzisz’ – pokiwała głową przyjaciółka. – ‚Lewacy nie wiedzą czego chcą. Gubią się w swoich sloganach i wrzaskach. Nie widzą rzeczy, które się wykluczają. I rażącego braku logiki. To pieprzeni hipokryci!’.

Jej słowa wydawały mi się co najmniej mocne. Chyba wyglądałam na zagubioną, bo znowu podjęła wątek.

‚Skoro nie chcą być chrzczeni wbrew własnej woli jako bobasy, to czemu nie zaczekać aż dziecko się urodzi i dorośnie, żeby je zapytać czy chce żyć, czy umrzeć. Aborcja przecież też jest dokonywana zanim dziecko jest w stanie o czymkolwiek decydować.’

Znaleziony obraz

Chciałam coś powiedzieć, ale zabrakło mi słów. Po głowie kołatał mi się tylko niemrawy argument dotyczący chrzcin. Dzieci chrzci się wcześnie, bo wierzy się w to, że chrzest zmywa grzech pierworodny i jeżeli dziecko umrze bardzo wcześnie (dawniej było od groma chorób dziecięcych które zabijały te nieboraki) to powinno mieć szansę trafić do Nieba. Z biegiem czasu stało się to po prostu tradycją. To jest sakrament. Przecież nikt by nie powiedział teraz, że dziecko, które nie miało szansy jeszcze zgrzeszyć w żaden sposób mogłoby nie pójść do Nieba. Prawda? Co jeśli ktoś trzyma się wersji z grzechem pierworodnym, a przecież przed narodzeniem nie ma szansy na ochrzczenie dziecka…

Westchnęłam ciężko.

‚Jedno wiem’ – odezwałam się po krótkim czasie. – ‚Od chwili zapłodnienia komórki jajowej, to już dziecko. To już człowiek. Człowiek ma prawo do życia. Przerywanie życia jest z definicji zabójstwem. Widziałaś to wideo o tym jak przebiega aborcja? A widziałaś zdjęcia? Przecież to zwykłe, brutalne morderstwo.’

‚Ja ci powiem więcej’ – moja przyjaciółka uniosła palec wskazujący w geście „uwaga!” – ‚W Polsce nie prześladuje się kobiet. Nie dyskryminuje. Baba może wszystko, a nawet czasem na więcej władzy od faceta. U mnie w domu panuje jakiś matriarchat. W katolickiej z konstytucji Polsce prześladuje się katolików za ich wierzenia religijne. Atakuje się kościół za jego zasady. Ludzi za to w co wierzą. A islamistów nie wolno ruszyć bo od razu że nietolerancja i w ogóle masakra. Islamiści nawołują do siłowego „nawracania”. Islam pozwala zabijać. Kobiety są traktowane gorzej niż zwierzęta. Nie mają żadnych praw. Są własnością mężczyzn. I powiedz mi proszę, czemu ludzie buntują się przeciwko chrześcijaństwu które nakazuje miłować każdego człowieka. Nawet, a zwłaszcza, grzesznika. Mówi o miłości i wybaczaniu. Promuje pokój, sprzeciwia się agresji i wzywa do opieki nad życiem ludzkim i rodziną. Normalnie puchate chmurki, jednorożce i tęcze (te z prawidłową ilością kolorów).’

‚Powiesz tak komuś, to ci wyciągnie i wytknie krucjaty’.

‚Krucjat nie ma od dawna. Ekstrema nigdy nie są dobre. Teraz się je potępia. Katolicyzm nigdy nie był lepiej zinterpretowany niż dzisiaj. Poza tym krucjaty były raczej mało związane z wiarą. To drudzy i któryś tam z kolei synowie, którzy nie dziedziczyli i byli bez ziemi szli sobie coś zdobyć. Faceci. Pfff… A polowania na czarownice? Przecież w Afryce jak chcą jakieś ziemie dla siebie albo baba pyskata (zbyt inteligentna), to ją oskarżają o czary. Wypędzają i zagarniają ziemie jej rodziny. Bo tak.’

Pokiwałam głową na znak że rozumiem. Kurczę, to o co w ogóle chodzi z protestem przeciwko projektowi obywatelskiemu, który muszą przegłosować. O prawo do aborcji dziecka upośledzonego? O prawo do aborcji owocu gwałtu? O prawo do aborcji w razie zagrożenia życia matki? (I dlaczego poszczególni posłowie są napiętnowani za swoją wiarę? Czemu mieliby nie głosować zgodnie ze swoim sumieniem? Dlaczego się ich za to krytykuje?).

Znaleziony obraz

‚Nie potrafię ci powiedzieć jak uważam, żeby było w sprawie dziecka upośledzonego’ – odparła. – ‚Po mojemu to też człowiek i ma prawo do życia. Owoc gwałtu może być wydany do adopcji. Teraz mnóstwo par nie może mieć dzieci. Po co zabijać? A to trzecie… cholerka… no nie wiem co z tym trzecim. A w ogóle co mówi ta ustawa dokładnie?’

Właśnie: ktoś z Was czytał ustawę? Wie dokładnie o co chodzi? Większość ludzi pewnie obejrzała tendencyjny filmik portalu TVN24… Nazywający chorą aktywistkę głosem polskich kobiet…. Pozdro 600. Niech sobie obejrzą filmik z wywiadem z nią. Ja bym tam nie chciała, żeby to babsko mnie reprezentowało albo za mnie mówiło.

Zbijcie mnie, ale jestem za ochroną życia od momentu poczęcia. Przerwanie życia to z definicji zabójstwo. Jestem katoliczką. W to wierzę. Czy ktoś ośmieli się atakować mnie za moje wierzenia religijne?

I wreszcie czy moje katolickie wierzenia religijne są gorsze od muzułmańskich?

Anybody?

/Nie poruszyłyśmy tematu kar za przerwanie ciąży. W ogóle w tamtej chwili nie byłam świadoma tej części inicjatywy obywatelskiej czy też przyczynku do ustawy aborcyjnej. Podobno za nieumyślne spowodowanie przerwania ciąży są 3 lata więzienia. I że dotyczy to głównie innych osób: kogoś kto pobije ciężarną kobietę albo spowoduje wypadek samochodowy, w wyniku którego kobieta poroni. Jeśli sama spowoduje ten wypadek, pewnie dostanie zawiasy. Nie mam pojęcia. Kościół nie jest za karaniem kobiet za nieumyślne poronienie. Ale dlaczego miałoby to obchodzić media?..

Ogarnął mnie pusty śmiech, kiedy ktoś powiedział, że kościół nie powinien mieszać się do świeckich spraw. W państwie świeckim. Pozdro 500. Przecież Polska to kraj Katolicki. To stoi w konstytucji. KODowcy tego nie wiedzą? Przecież bronią tej konstytucji jak lwy (pomińmy fakt, że jest przestarzała i post-komunistyczna xD)/

 

 

Na koniec taki kwiatek: Petru oznajmił, że jest za przerwaniem życia między dwunastym a dwudziestym miesiącem ciąży. MIESIĄCEM. Moja mama powiedziała telewizorowi, że proponuje przerwanie ciąży po dziewięciu miesiącach. Najlepiej naturalnym porodem, bo to najlepsze i najzdrowsze zarówno dla matki jak i dziecka. 😛

028 Reality check (matka, matka…)

Zbieram w tym momencie wszystkie dostępne mi siły (niewiele zostało) i staram się nie płakać. Nie dać po sobie poznać, jak bardzo trafiają do mnie słowa kobiety, która uważa się za moją matkę. Po prawdzie mnie urodziła. Ktoś jednak powinien wymyślić słowo na osobę która wydała kogoś na świat różne od słowa ‚matka’ albo ‚mama’. Bycie matką to chyba coś więcej niż wypchnięcie małego człowieka z kanału rodnego. I więcej niż utrzymanie go pod sercem przed poprzedzające akcję porodową dziewięć miesięcy.

https://i1.wp.com/s.babyonline.pl/i/kobieta-cia-ciao-w-ciy-kobieta-w-ciy-GALLERY_MAI2-29115.jpg

Nie mogę. Jad się ze mnie sączy. Taka jestem wściekła, poruszona, zrozpaczona, zgorzkniała itp. Normalnie nie mogę.

Wracając do przerwanego wątku: podobno matką zostaje się na całe życie. Ok. Ładny frazes. Oznacza fakt przekazania dalej materiału genetycznego. Brawo, kobieto! Dlaczego nikt nie zapyta ‚jaką matką’? Dobrą? Złą? Toksyczną? Do rany przyłóż?

Z trwogą obejrzałam kilka filmików różnych amerykańskich youtuberek, które filmują ‚Pragnency Update’ co tydzień albo dwa przez 9 miesięcy. Opowiadają z detalami o symptomach, mówią jak duże według aplikacji jest już ich dziecię. Pokazują brzuszek i go mierzą. Organizują całe filmiki o zakupach dla dziecka, o witaminach i produktach dla siebie. Wymachują olejkiem kokosowym do smarowania brzucha, gruszką do nosa dla dziecka, śpioszkami pajacykami i masą różnych innych rzeczy. Wszystko kupione po starannym researchu. Najlepsze z najlepszych. Wszystko dla nowej pociechy!

Znaleziony obraz Znaleziony obraz

Znaleziony obraz

Pomyślałam: ja chcę taką. Taką matkę. Taką po której widać, że kiedykolwiek jej zależało.

Ciekawa jestem, czy moja też próbowała wszystkiego co było znane w tamtych czasach. Czy gromadziła wiedzę o najlepszym sposobie na taktowanie swojego ciała w ciąży, żeby nie zaszkodzić dziecku. Czy przed moim urodzeniem postarała się o ubranka, łóżeczko dla dziecka i tak dalej.

To co udało mi się ustalić podpytując babcię, to że podobno mnie chciała. Podobno cieszyła się, że będzie miała dziecko. I podobno nie kupiła niczego przed moim urodzeniem, bo jak ją zacytuję ‚Kiedyś kupowało się dopiero jak już się okazało, że dziecko urodziło się żywe i zdrowe. Jest wtedy dużo czasu na załatwienie wszystkiego co jest potrzebne [łącznie z kołyską, butelką i ubrankami], przecież dziecko kilka tygodni nic właściwie nie robi, tylko je, śpi i się załatwia.’. Spoko. Totalnie rozumiem. To nic złego. USG nie było. Nie wiedziała nawet, czy będę dziewczynką czy chłopcem. Potem dostała masę rzeczy od rodziny po jakiś dzieciach, które z tego wyrosły.

A potem jak najszybciej wróciła do pracy i przez następne dwanaście lat wychowywała mnie moja babcia, a jej matka.

Znalezione obrazy dla zapytania sweet grandma with granddaughter

Swoją Biologiczną (patrzcie, czyż nie pasuje zamiast słowa ‚mama’? O, może być też ‚Rodzicielka’. Chyba się nawet tak mówi… – tak, wiem – jad i gorycz, uszami i nosem) widywałam codziennie pod wieczór. Do dziś mi wypomina, że musiała pracować z tatą na moje i moich sióstr utrzymanie. I nigdy nie pozwoli mi zapomnieć, że chodziła do pracy, żeby mnie utrzymywać. Zupełnie jakbym powołała siebie samą do życia, żeby zniszczyć jej życie i zmusić ją do chodzenia do pracy i wydawania pieniędzy na moje utrzymanie. Czy komuś jeszcze wydaje się to dziwne?

O, tak. Tekst ‚Tu nie chodzi o pieniądze’ był przez większość mojego życia najdziwniejszym i chyba najmniej prawdziwym twierdzeniem, jakie słyszałam.

Znalezione obrazy dla zapytania dolars

No, bo gdyby nie chodziło o pieniądze, to czemu to ciągłe wypominanie? Wypominała mi też to, że jestem dziewczynką i potrzebuję ubrań, więc ograniczyłam prośby i kupowanie ubrań prawie do zera (naprawdę!). Wypominała mi czesne za szkołę po tym jak mnie do każdej zgłosiła/zapisała/zmusiła do zgłoszenia się; więc ograniczyłam proszenie ją o pieniądze na cokolwiek do absolutnego minimum. I tak dalej. Kilka lat takiego życia na minimum potrzeb (btw moje siostry nigdy nie z niczym nie ograniczały) i usłyszałam coś o sobie.

Znalezione obrazy dla zapytania bad dressed woman

Mianowicie jestem ciuchową i modową abnegatką. Nie dbam o siebie i wyglądam jak dziecko Cygana (dla mamy to symbol ubóstwa i abnegactwa w sprawie wszystkiego). No, to zaczęłam częściej kupować ubrania (choć nie lubię chodzić na zakupy) i dbać bardziej o wygląd.  Dowiedziałam się wtedy, że wydaje na mnie mnóstwo pieniędzy i co ja sobie wyobrażam: że one na drzewach rosną? ‚Ja haruję dzień i noc jak dziki wół! Nie mam czasu na oddech! Nie mam czasu dla siebie, a ty bierzesz te pieniądze i wydajesz na głupoty!’ – krzyczała wytrzeszczając oczy, jakby chciała zgładzić mnie samym wzrokiem.

Zgłupiałam. Zupełnie nie rozumiałam skąd to się wzięło. Przecież biorę od niej o wiele mniej pieniędzy niż którakolwiek z moich sióstr. Zawsze przynoszę jej paragony i pokazuję co kupiłam uzasadniając zakup. Wtedy jest cacy, ale jak się czymś zdenerwuje, to już nie. Marnuję wtedy jej krwawicę.

Zaczęłam kupować w ciucholandach, czaić się na promocje i oszczędzać na kosmetykach. Powiem tylko, że niczego to nie zmieniło. Nie zostało zauważone. Gdy o tym przy którejś okazji powiedziałam, dowiedziałam się, że nie po to chodzi do pracy i zarabia te pieniądze, żebym wyglądała jak dziadówka.

Zgłupiałam znowu.

Kiedy nie chodzi akurat w sporze o pieniądze, one i tak wypływają. Kiedy nie mam czasu posprzątać coś co ona koniecznie chce mieć posprzątane, bo muszę robić rzeczy na studia – dowiaduję się, że bez jej kasy w ogóle nie mogłabym chodzić na studia. Kiedy mój pokój nie należy do uporządkowanych estetycznie – ‚Płacę na twoje studia i nie musisz chodzić do pracy, więc mogłabyś przynajmniej utrzymywać porządek w pokoju.’. Em… Mamo… Bo… ja nie mam posprzątane bo studiuję architekturę i nie mam czasu na spanie dłużej niż pięć godzin dziennie… Nie. To nie jest argument, jeśli ktoś chciałby wiedzieć.

image-1439133037lp84c

Mogłabym przytoczyć wiele przykładów. Mogłabym opowiedzieć jak potraktowała mnie po tym, jak moja siostra (młodsza!) się zaręczyła. Mogłabym przytoczyć wiele kwiatków, ale byłoby to wszystko tak długie, że nikt nie zabrałby się i tak za czytanie. Wątpię, że już teraz się zabierze…

Czy po napisaniu tego wszystkiego czuję się lepiej?

Nie.

https://encrypted-tbn2.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcQVAbMcU-PLDfjDmkv_PTMcAOXkTrKjENsaUqb86d1D1IuS_5_F

Czy coś dzięki temu wszystkiemu zrozumiałam?

Tak.

Wiem, że nie mogę mieć nadziei, że ona się zmieni. Potrafi wszystko wykręcić ogonem, nie słucha, krzyczy i żyje w jakimś dziwnym, dostosowanym do niej tylko świecie. Murem głowy nie przebiję. Po dwudziestu latach prób, nadal nic z tego. I tak się dziwię, że próbowałam tak długo. Co więc pozostaje? Bo nie nadzieja. Pozostaje mi wciągnąć brzuch, wypiąć pierś, zamknąć japę, wyłączyć uczucia i fałszować uśmiech. Może ktoś uwierzy, że bywam szczęśliwa. Że istnieją dni w które nie jestem zaszczuta. Że nadal mam do swojej matki ciepłe uczucia. Że mam z nią poprawne relacje. Że wiem jak to jest mieć matkę.

Znaleziony obraz

Trochę wiem: miałam (mam!) przecież babcię.

Swoją drogą, pomódlcie się za nią (za babcię). Idzie na operację, której może nie przetrwać ze względu na swoje serducho. Wtedy zostanę sama. I to już naprawdę.

limbo1

027 Naiwność serca

https://i2.wp.com/zns.india.com/upload//2013/3/7/mother501.jpg

Jestem naiwna.

Nieraz przejechałam się na swojej naiwnościhttps://againstcurrentblog.files.wordpress.com/2016/08/1c846-of-course-im-a-good-mother.jpg?w=330&h=231. Jak jakiś głupek, co nie uczy się na przykładach z życia i błędach, ciągle daję ludziom kolejne szanse. Zwłaszcza mojej matce. Można to chyba zrozumieć – bardzo bym chciała, żeby okazało się, że mnie kocha. Żeby okazało się, że zrozumiała jakie powinny być między nami relacje. Albo, że musi coś w sobie zmienić, żeby nie stracić mnie na zawsze. Żeby zrozumiała swoje błędy.

Kto wie, może i bez olśnienia i postanowienia poprawy, nadal będzie w moim życiu po wyjeździe do Szwajcarii. Przecież ja w końcu jestem bardzo naiwna. Daję jej tą nieskończoną ilość szans.

Kiedy wychodzę ze swojego pokoju do pokoju dziennego i moja mama nie karze mi od razu zrobić czegoś w kuchni – budzi się nadzieja. Kiedy do tego wykazuje zainteresowanie tym co u mnie bez woli skrytykowania mnie – serce mi szybciej bije. Kiedy pozwala mi obejrzeć z sobą jakiś film bez męczenia mnie o moje sprawy uczelniane – nie posiadam się z radości. Kiedy do tego wszystkiego żartuje sobie ze mną swobodnie nie demonstrując swojego męczeńskiego codziennego ‚ja’ – już mnie ma.

Jestem kupiona – przekupiona – I’m her bitch.

I wszystko dlatego, że bardzo bym chciała, żeby to nie był tylko jakiś tam przebłysk raz na bardzo długi czas. Wyżej wymienione zachowania po prostu dają nadzieję na to, że coś się zmieniło. Że nie będę się musiała przed nią nieustannie chować. Że może znajdziemy wspólny język.

Że wreszcie traktuje mnie jako odrębny i niezależny byt, który ma trochę oleju w głowie i może o sobie decydować.

Ale nie.

To moment, w którym akurat miała lepszy humor. Na chwilę przestała przydzielać mi nagrody afektu za zaakceptowane przez nią moje osiągnięcia.

Wszystko znowu się rozpada na milion kawałków. Moja wiara w nią. Moja wiara w siebie. I moja nadzieja na posiadanie dobrych relacji z własną matką. Powinnam w końcu przestać się oszukiwać i spojrzeć prawdzie w oczy. Po niezliczonej ilości kłótni i rozmów, ona nigdy nic w swoim zachowaniu nie zmieniła. Zawsze będzie wiedzieć lepiej, tępić mnie, wydzielać mini-nagrody i ostro karać. Napominać, okazywać brak zaufania i szacunku. Traktować jak recydywistkę, która w każdej chwili może zrobić najgorszą możliwą rzecz w danym momencie. Powtarzać, że jestem nikim.

 

Mamo, to już nie te czasy. Mam 25 lat. Nie możesz na mnie krzyczeć, bo nie odżywiam się tak jakbyś chciała. Nie możesz na mnie krzyczeć, bo dwa dni pod rząd popołudniem napiłam się lampkę wina.

Co ci do tego? Czy kiedykolwiek widziałaś mnie pijaną? Dwa dni pod rząd – co to – alkoholik alert? To już nie okres w moim życiu, kiedy matka może nim sterować. To już nie jest okres w moim życiu, w którym nie wiem wystarczająco, żeby podejmować dobre decyzje.

Zastanawiam się czasem, czy uważasz mnie za taką okropną. Czy jestem gorsza od tych moich koleżanek, które przed dwudziestką wpadły i teraz same wychowują dzieci? Czy jestem gorsza od tych które brały/biorą narkotyki? Czy jestem gorsza od tych co palą? Czy naprawdę jestem taka zła, jaką mnie malujesz? Czy podejmuję tak złe decyzje? Przecież nie palę. Nie łajdaczę się. Nie chlam. Nie biorę. Nie szlajam nocami po mieście. Nie oszukuję na studiach. Nie krzywdzę ludzi wokół siebie.

Czasami kłamię.

Ty mnie tego nauczyłaś. Nauczyłam się kłamać już w dzieciństwie, żeby uniknąć okropnych i niewspółmiernych kar do moich czynów. Kar od ciebie. Żeby uniknąć twojego krzyku. Twojego obrażania się. Twojego obrażania mnie na wszelkie sposoby. Żebyś nie była na mnie zła. Żebyśmy nie kłóciły się non stop. Żebyś była miła i dowcipna, kiedy jesteśmy razem. Żebyś się uśmiechała. Żebyś się ze mną śmiała. Żebyś mnie przytulała.

Żebyś mnie kochała.

 

A to wszystko na nic.

Na nic.

I powinnam to wreszcie zrozumieć.

 

Wiele jest powodów dla których cieszę się, że za półtorej roku wyjeżdżam na stałe za granicę. Szkoda, że jeden z nich jest tak niewłaściwy i smutny.

026 Mój Sen

Obudziłam się przerażona, ale nie krzyczałam. Oczy szeroko otwarte, utkwione w suficie. To serce, które usiłuje wyrwać się z klatki piersiowej za pomocą przyspieszonego bicia. Bez szans. I te płytkie oddechy powodujące przymus brania kolejnych, rozpaczliwych haustów powietrza.

Podobno to właśnie jest terror nocnego paraliżu. Istnieje nawet jakiś bardziej naukowy termin powiązany z wielkością migdałków. Nocny paraliż polega głównie na tym, że tracimy chwilowo władzę nad mięśniami i płucami. Jest to częściowo spowodowane wyjątkowo aktywną fazą REM i stanami przytomności podczas snu. Składa się to na uczucie duszenia się i zalegania czegoś na naszej klatce piersiowej. Podobno w różnych kulturach wyobrażano sobie różne demony, które na niej siadały.

Ze mną było inaczej.

Przeważnie śniła mi się kanciasta postać z twarzą potwora. Może Minotaur? Jawiła mi się jako samo zło i zło w istocie. Bywałam przerażona jak mało kiedy. W taki sposób, który każe człowiekowi bezwiednie podnieść się na łokciach i czołgać do tyłu pod ścianę. Wciskając się w przestrzeń styku między nią a podłogą. Jakby miało to pomóc w ucieczce przed złą marą. Kiedy okazywało się oczywiste, że nie mogę się poruszyć ani o milimetr, zaczynałam wzrokiem szukać zegara. Ktoś mi kiedyś powiedział, że jeśli go znajdziesz i zdasz sobie sprawę, że nie chodzi, to się obudzisz. Niestety to przeważnie zmienia tylko scenerię snu. Nagle wydaje mi się, że naprawdę się obudziłam; tylko, że potwór wcale nie zniknął. To takie wredne zjawisko obudzenia się do kolejnego snu. Jak większa laleczka snu-matrioszki. I następna, i następna. Żeby obudzić się naprawdę, muszę zacząć się modlić. Przeważnie idzie mi to jak po grudzie.

Zawsze coś przeszkadza.

A to nie mogę przypomnieć sobie słów modlitwy (zwłaszcza tej maryjnej), a to nie mogę się wcale skupić na znaczeniu słów. Normalnie jakby ktoś bardzo nie chciał, żeby mi wyszło. Prawdopodobnie po prostu mojemu mózgowi chwilowo brakuje powietrza, do którego ma akurat ograniczony dostęp. Ale we śnie się o tym nie myśli. Zwłaszcza, kiedy ma się wrażenie bezpośredniego niebezpieczeństwa.

Tym razem śniło mi się coś innego.

W pewnym sensie mojego, ale nie-mojego. Mianowicie był to sen fabularny. Nic dziwnego – takie zdarzają mi się bardzo często. Tylko, że… Tylko, że raczej nie wyglądają jak rasowo nakręcony film z lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Pokolorowany lekko, jak ‘Jak Rozpętałem Drugą Wojnę Światową’.

Najpierw pojawiły się ‘cytowane’ w wielu filmach „krajobrazy typowe”, czyli krótkie przedstawienie lokalizacji fabuły. Były opatrzone radosną muzyką festynowo-defiladową typową dla wszystkich tych nieważnych uroczystości w zapomnianych przez Boga miejscowościach w ‘Nowym Świecie’. Amerykańska uliczka z przytulonymi do siebie domami, z witrynami sklepowymi na poziomie podwyższonego parteru. Do każdej z nich prowadzi kilka stopni. Większość jest z cegły, część otynkowana. Rozwieszone są plakaty i szyldy, które wyglądają na ręczną robotę – przedwojenną. Przedwojenne są też ujęcia ze skaczącym obrazem i skazami na filmie bądź obiektywie. Kilka niestabilnych scen obrazujących życie na tej uliczce w małym miasteczku, który mimo tego, że leży w Alpach, to wygląda jak amerykańskie. I tu właśnie rozpoczyna swoją opowieść lektor. Mówi po angielsku z Amerykańskim akcentem. Z charakterystyczną dykcją aktora ze starego filmu i pasującym do ścieżki dźwiękowej entuzjazmem płynącym prosto z przepony. O zwykłym, miasteczku jak ich pełno, o jego klimacie. Opowiada o niektórych sklepach podczas drgających zbliżeń kamery na ich witryny i szyldy. Dodaje różne pikantne szczegóły rodem z małomiasteczkowych plotek nadając ujęciom bardziej osobistego i niepowtarzalnego charakteru.

Wraz z ostatnimi zdjęciami części ulicy poszerzonej o mały ryneczek, zaczyna przechodzić do tematu historii. Akcent zmienia mu się na brytyjski, a ja rozumiem go jakby mówił po polsku. Zaczyna opowiadać o pewnym złym człowieku, który mieszkał właśnie w okolicy tego miasteczka, trochę wyżej w górach. Przy ulicy, która pięła się w kierunku ośnieżonych szczytów. Czyste domy, ulica wytyczona od linijki, gładki asfalt, gładkie drewno, nieskazitelne tynki i pasujące dachy dwuspadowe. Małe okna z drewnianymi ramami, brak okien na parterze, niewielkie drzwi z owalnymi szybkami zasłoniętymi koronkową zasłonką. I już wiadomo, że za jednymi z tych drzwi mieszkał właśnie ten człowiek. Dowiaduję się od lektora, że miał tylko siostrę, która bardzo cierpiała przez jego inność i w końcu przez popełnioną przez niego zbrodnię. Człowiek ten nie ma skrupułów, sumienia ani ludzkich uczuć. Jest socjopatą najwyższej próby, najczystszej postaci. Ma wygląd tego niskiego aktora, który zawsze gra zapracowanego przedstawiciela klasy średniej. A przynajmniej tak się wydaje. Kiedy go sobie wyobrażam, nosi brązowy, stary garnitur z łatami na łokciach, za dużą marynarką i z luźnymi spodniami. Jest lekko zgarbiony, a w lewej ręce zawsze trzyma czarny, oldschoolowy neseser. Walizkę skórzaną z klikającymi przy zamykaniu sprzączkami.

Tak. Wallace Shawn. Dokładnie. Nic dziwnego, że w 2003 obsadzono go w roli ducha-lokaja w ‘Nawiedzonym Dworze’

Po krótkim ujęciu jego siostry (Fiona Shaw – ! – ciotki Petunii z ‘Harrego Pottera’) zmywającej naczynia, nieświadomej ‘naszej’ – widzów, obecności ani niczego co ją wkrótce spotka; przenosimy się do jakiejś opuszczonej fabryki. Wiem tylko, że za kamerą prawdopodobnie stoją jakieś ogromne maszyny. Na zdjęciach widać jednak tylko fragment pomalowanej szarą farbą podłogi i miętowej ściany. Na jej tle stoi właśnie ów socjopata. Psychopata. Niepozorny, łysawy pan w średnim wieku z charakterystyczną facjatą. Narrator-lektor coś mówi, ale ja skupiam się na obserwacji tego człowieka i wyłapuję wszystkie elementy dźwiękowe miejsca. Od stukania w rurę kanalizacyjną po dźwięki gry na pile i pojedynczych odgłosów różnorakich, zepsutych instrumentów. Wszystko w dopasowanych momentach, idealnych dozach.

Wiem, że jest niebezpieczny i nie powinnam spuszczać go z oka. Co więcej – powinnam nauczyć się jego twarzy na pamięć, w razie gdybym kiedyś go spotkała. Mogłabym wtedy po prostu zniknąć mu z oczu, wyjść z tego pomieszczenia, niczym go nie sprowokować. Bo gdybym to zrobiła, mógłby najpierw skrzywdzić członków mojej rodziny, a mnie pozostawić na sam koniec. Z najbłahszego powodu, jak zakupienie tuż przed nim ostatniej paczki fajek konkretnej marki. Co jest bardzo dziwne, bo ja nie palę.

W każdym razie patrzę na niego i widzę, w miarę jak lektor o nim mówi, zwraca moją uwagę na różne fakty o tym człowieku. Zaczyna niektóre zdania od ‘Jak możemy zaobserwować osobnik ten ma…’ – w odniesieniu do cech wyglądu przekładających się na jego charakter lub kamuflaż. On sam w tym momencie porusza się, zmienia pozę, przestępuje z nogi na nogę. Odpowiednio do treści, uśmiecha się miło, pokazuje ‘poker face’ albo pozwala swojej psychopatycznej naturze przejąć całkowicie mimikę swojej twarzy. Czerpie przyjemność z pokazywania omawianych elementów i patrzy na mnie, jakby wiedział, że to właśnie ja znajduję się pośród widowni. Obraz niestabilności psychicznej, obsesyjnej natury, obietnicy bezwzględnego acz metodycznego okrucieństwa względem swoich potencjalnych ofiar. Oświetlenie zmienia się z ujęcia na ujęcie. Czasami jest zbyt mocne, czasami szwankuje. Niekiedy podkreśla pewne szczegóły, a innym razem kompletnie zawodzi.

Nieistniejący filmowcy usiłują grać na mojej wyobraźni i na moich nerwach. Oprócz skaz na filmie, skaczącego obrazu i okropnych min, co któreś ujęcie on po prostu znika. Pojawia się i znika pozostawiając pustą, miętową ścianę przywodzącą na myśl szpital. Szpital dla obłąkanych.

Coś, a może lektor, mówi mi, że jego już nie ma. Owszem, dowiem się z krótkiej opowieści o losach jego życia. Jaki był, co robił, żeby wtopić się w tłum. Jaka była jego prawdziwa natura. Dowiem się, że popełnił straszliwą zbrodnię, a jego czyny miały katastrofalny wpływ na jego siostrę. Że został schwytany, ale za późno. Nie wymierzono mu wprost proporcjonalnej do czynu kary. Ktoś inny został w to wszystko wciągnięty i niesłusznie przejął część winy. Ten morderca natomiast został złapany w najgłupszy sposób i bez dramatyzmu należnemu wadze jego przewinień i ‘sukcesów’.

Nie żyje.

Ale jest. Nadal. Jako duch, zjawa, mara. I znowu kogoś skrzywdzi. Nie wiem kogo, nie wiem gdzie, nie wiem dlaczego. I to właśnie nadaje temu ‘filmowi’ prawdziwej grozy. Strach narasta we mnie, serce galopuje i nie mogę złapać oddechu.

Budzę się o szóstej zero jeden.

06.01.

I nie mogę już zasnąć.

shawn-210  shawn1_1106749506 Wallace Shawn

Fiona Shaw http://vignette4.wikia.nocookie.net/villains/images/1/1f/006TBD_Fiona_Shaw_001.jpg/revision/latest?cb=20150120093402 http://media.gettyimages.com/photos/fiona-shaw-as-young-woman-in-sophie-treadwells-machinal-directed-by-picture-id539577576

Komuś Jeszcze to wszystko wydaje się dziwne?

025 Sabotaż

Have you met Ted?

Znacie TED’a?

Nie, nie chodzi o Ted’a z „Jak Poznałem Waszą Matkę„, choć strasznie by pasował.

[PLAY –> DYMEK W PRAWYM, DOLNYM ROGU –> WYBIERZ JĘZYK NAPISÓW]

Ten oto Larry Smith tłumaczy nam – biednym robaczkom – czemu zawiedziemy. Czemu nie odniesiemy sukcesu. Czemu nie będziemy mieć ani dobrej ani świetnej kariery.

Na szczęście istnieje słowo ‚unless’.

Nie wiem tylko, czy to słowo może w czymkolwiek pomóc.

Niesamowicie trudno jest wziąć genialną radę – ultimate advise i podążyć za nią. Powiedzieć: Tak, zrobię to. I osiągnę sukces.

Każdy z nas kiedyś podłożył sobie samemu nogę. Nie wziął do siebie wspaniałej rady i nie zbudował wokół niej czegoś niesamowitego. Każdy z nas zrezygnował kiedyś z wykorzystania swojego pełnego potencjału.

Dlaczego?

Ze strachu.

I ja teraz walczę ze strachem.

Życzcie mi szczęścia.

Módlcie się za mnie.

 

Pozdrawiam.

024 Life Update

Mam wrażenie, że nie jestem już tą samą osobą. Że coś się zmieniło, a nawet dużo tych ‚cosiów’. Ostatnie pół roku było jak intensywny kurs przygotowawczy do oswojenia brutalnej rzeczywistości. Stresy, załamania, próby radzenia sobie, olśnienia, zrozumienia, ataki paniki, galopująca furia, spokój przed burzą, spokój po burzy, burze, syzyfowa praca, mniejsze i większe sukcesy i porażki.

It’s like world around me shifted.

Jakby w miejscu północy stopniowo pojawiał się zachód, a stopy zwisały z łóżka w kierunku wschodu. Planety zmieniły położenie, Ziemia oddaliła się od Słońca, a potem mocno je przytuliła.

Nie wiem. Nie potrafię tego opisać.

Wiele zrozumiałam i się nauczyłam. Mój sposób rozumowania się nieco zmienił. Uwolniłam się od niektórych, doskwierających mi obciążników. Nabrałam powietrza w płuca i odetchnęłam westchnięciem pozostawiającym po sobie spokój.

Wiem, że moi starzy nie są idealni.

Wiem, że mimo wszystko ich kocham, choć wolałabym z daleka.

Wiem, że w życie nie polega na skreślaniu z listy rzeczy do zrobienia.

Wiem, że sukces może być różnie rozumiany.

Wiem, że najważniejsze jest jak ja rozumiem rzeczy i że mój mężczyzna rozumie to, albo usilnie zrozumieć próbuje.

Wiem, że inni ludzie są poza moją kontrolą i nic z tym nie zrobię.

Wiem, że nie mogę obwiniać się o coś, na co nie mam wpływu.

Czy niedługo znowu wpadnę w panikę, spiralę stresu, wrażenie beznadziei i nerwobóle? Pewnie tak. Czy wszystko co wiem, albo ‚wydaje mi się, że wiem’ pomoże mi choć trochę? Mam nadzieję. Czy znikną kiedyś te powody złego samopoczucia i rozpaczy? Oczywiście, że tak. Czy jestem wystarczająco cierpliwa, żeby tego doczekać?

Mam nadzieję.

Mam nadzieję.